Bonnie and Clyde: Dead and Alive

Miło się oglądało, naprawdę miło, choć zapewne fani klasycznej wersji z niesamowitą kreacją Faye Dunaway nie będą zachwyceni. Ja tam jednak szczególnie wybredna nie jestem, specjalnej akcji czy napięcia mi nie potrzeba, a za to doceniam wszelkie próby pogłębienia portretów psychologicznych postaci oraz dopracowaną warstwę wizualną. Szalenie przypadł mi też do gustu tragiczny ton tej właśnie wersji opowieści o dwojgu zatraceńcach. Ze wszystkich filmów jakie widziałam do tej pory, nowi Bonnie i Clyde najbardziej przypominają Troję. Młodzi i piękni przestępcy podobnie jak Brad Pitt – Achilles na każdym kroku muszą dokonywać tragicznego wyboru między przeciętnym, zwykłym, szczęśliwym życiem, a krótką za to dobrze zapamiętaną i zmitologizowaną karierą na nędznym ziemskim padole. Lubię grecką epikę, więc przemawia to bardzo do mojej wyobraźni, choć mam świadomość, że tak naprawdę mamy do czynienia z komiksem.

Nie bardzo mnie obchodzi, że nowa telewizyjna wersja ma niewiele wspólnego z prawdziwą opowieścią o parze rabusiów z lat 30-tych. Jak bym chciała ,,prawdziwego życia” to bym oglądała tylko Trudne sprawy. Bonnie i Clyde prezentują kilka bardzo wyraźnie zaznaczonych zamysłów artystycznych. Clyde Barrow (Emile Hirsch) jest tragicznym herosem, którego nie imają się kule i który od wczesnego dzieciństwa ma wizje swojego nieuchronnego przeznaczenia (skupiającego się w osobie Bonnie). Bonnie Parker (Holliday Grainer) za to kreuje się na prawdziwą diwę, niespełnioną aktorkę, która jest gotowa na wszystko byleby tylko dowiedział się o niej cały świat. Do tego dochodzi kwestia raczkujących, ale już bardzo ciekawskich i cynicznych masowych mediów (to dzięki pewnej dziennikarce powstała legenda Bonnie i Clyde’a). Wszystko to jest naprawdę bardzo ciekawe i pokazane w bardzo realistyczny sposób. Szczególnie podoba mi się to, że oglądamy retro opowieść, a jednocześnie wyjątkowo współczesną historię o tym jak media potrafią zmanipulować opinię publiczną.

Wszystko to jednak to jedynie pretekst. Mam wrażenie, że prawdziwymi odbiorcami, wymarzonymi widzami tego filmu, od początku miały być wielbicielki kobiecej mody. Nic nie jest w stanie przebić tu niezwykłej urody Holliday Grainger (Lukrecji z Borgiów), którą podkreślają przepiękne, bardzo kobiece stroje. Bonnie w takich strojach, ze swoją porcelanową cerą i berecikiem na główce, wygląda zjawiskowo i jestem pewna, że może być bezcenną inspiracja dla fashionistek kochających styl vintage. Jakby dla kontrastu, występuje w tym filmie niestety Sarah Hyland (ta z Modern Family), która wciela się w bratową Clyde’a, Blanche Barrow. Ten mały, dziwny skrzat nigdy nie powinien grać dorosłej kobiety bo to nienaturalne i groteskowe. Sceny z jej udziałem trącą tandetnym horrorem. Szczerze, to przeraża mnie ona bardziej niż czerwonooki królik w łazience. Na szczęście scenografia, zdjęcia i kostiumy są tak niesamowite, że wybaczam Sarze Hyland chwile, w których pojawia się na ekranie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *