Barbara Rubin, Dieta. Zalecany sposób życia (UWAGA, nie dla wegan i wegetarian)

Naprawdę chciałabym móc dobrze napisać o tym poradniku, ponieważ bardzo popieram inicjatywę wydawnictwa Rozpisani.pl, pomagającego autorom w self-publishingu. Niestety, moja wewnętrzna spójność, zwyczajnie poczucie przyzwoitości, nie pozwalają mi na pochwalenie książki Barbary Rubin. Postanowiłam więc najpierw obiektywnie opisać czego dotyczy ta publikacja i komu może przypaść do gustu, a potem dlaczego cierpiałam czytając każdą stronę tego poradnika dietetycznego.

Organicznie, naturalnie, w zgodzie z naturą

Barbara Rubin, przedstawiająca się jako dyplomowana trenerka fitness, specjalistka ds. prawidłowego odżywiania oraz holistic lifestyle coach, zawarła w tej książce efekt swoich długoletnich obserwacji i doświadczeń. Pod względem zawartych tu treści, jest to książka bardzo różnorodna, gdyż mamy zarówno subiektywne relacja autorki na temat tego jak się czuje po określonych typach pokarmów, jak i uwagi na temat tego jak na jej kurację reagowali na przestrzeni lat klienci borykający się z nadwagą i rozmaitymi chorobami. Są w tym poradniku także obszerne wykłady z dietetyki, dogłębnie wyjaśniające takie kwestie jak działanie hormonów, rola witamin, przebieg procesu trawienia czy funkcje mikro i makro składników w naszym codziennym jadłospisie.

A teraz do rzeczy. Barbara Rubin jest propagatorką i gorącą zwolenniczką diety opartej na produktach zwierzęcych. Posiłkując się autorytetami w tej dziedzinie, długimi wywodami na temat prehistorii i tego, co dla gatunku ludzkiego jest naturalne, a co nie, jak również teorią typów metabolicznych, pani Rubin zachęca do częstego jedzenia mięsa i podrobów, gotowania rosołów i nie żałowania sobie masła, śmietany i serów. Wszystko to oczywiście powinno pochodzić z ekologicznych i humanitarnych hodowli, najlepiej od zwierząt wypasających się na świeżej trawie, bo zrobione z nich potrawy smakują najlepiej i są podobno korzystniejsze dla zdrowia. Oczywiście, dietę mięsną należy uzupełniać produktami roślinnymi, ale tylko organicznymi i sezonowymi. Jeśli jednak chodzi o warzywa, owoce i nasiona, to dietetyczka jest co do nich bardzo sceptyczna. Radzi ostrożność w kontaktach z owocami (bo fruktoza jest dla nas toksyczna), orzechami i zbożami (bo ich łupinki są trujące i niestrawne). Zatem mało chleba, kasz, owoców i trochę warzyw, ale przede wszystkim ,,kochany tradycyjny bulion”, mięsiwa w różnej postaci, także surowej, oraz dużo pełnotłustego nabiału.

Dieta-Barbara-Rubin

W tym miejscu szczerze wyznam, że podobało mi się w tym poradniku to, że pani Rubin kładzie duży nacisk na naturalne, nie ulepszane chemicznie produkty, zachęca do aktywności fizycznej, bycia uważnym i ogólnie do bardziej holistycznego spojrzenia na własne zdrowie. To się chwali, podobnie jak duża dawka wiedzy dietetycznej i historycznej, którą ja osobiście uważam za bezwartościową i przekłamaną, ale zwolennicy diety wysokobiałkowej i pełnotłustej z pewnością będą zadowoleni z pojawienia się na rynku takiego właśnie poradnika.

Czytając, naprawdę starałam się nie złościć i nie zagotować w środku, pamiętając o tym, że przecież każdy ma prawo wyrazić swoją opinię. Na każdej stronie tego tekstu widać, że dietetyczka jest wielką pasjonatką tego co robi, dosłownie żyje swoją pracą i przekazuje nam tylko to, w co sama bardzo wierzy. A że ja już jej zupełnie nie wierzę, to inna sprawa.

Niestety muszę też zwrócić uwagę na pewne minusy formy, jaką wybrała pani Rubin. W moim osobistym odczuciu nie ma większego błędu w pisaniu czegokolwiek, niż rozpoczynanie dzieła cytatem z Paula Coelho. Jeśli chcemy być traktowani poważnie, powinniśmy jak najszybciej wykasować z pamięci wszelkie wspomnienia dotyczące twórczości tego grafomana. Uczciwość i obiektywizm wymagają ode mnie także zwrócenia uwagi na liczne błędy logiczne, które podważają wiarygodność tego, co autorka próbuje przekazać. Dobrym przykładem są jej odniesienia do wegan i wegetarian, mające chyba uprzedzić wszelkie ataki.

,,Nie lekceważę rozwoju duchowego, uznając go za niezwykle ważny, ale kocham życie doczesne w moim realnym, biologicznym ciele, ze wszystkimi wadami i zaletami. Pokornie głoszę, że na razie nie mam ochoty na zdobywanie nieba siłą i noszenie aureoli tu i teraz. Jem – i to bardzo smacznie!”.

Taki cytat na usprawiedliwienie spożywania mięsa w przeciwieństwie do umęczających się i poszczących wegan i wegetarian. Niby w porządku, ale zaraz pojawiają się taki słowa:

,,Oczywiście daleka jestem od tego, by sugerować własnoręczne zabijanie zwierząt. Pragnę jedynie zaapelować, by zawsze i wszędzie walczyć nie tylko o humanitarne warunki ich życia, ale także o to, by nie zatracić właściwego człowiekowi zmysłu moralnego, zwykłej rozwagi i rozsądku”.

No to jak? Jemy co lubimy, czy jesteśmy humanitarni i moralni? Przykładów na całkowity brak spójności jest tu więcej, jak choćby argumenty typu ,,Już w starożytności wiedziano…” albo przytaczanie przysłów i cytatów z dzieł osób, które nie mają ze współczesną dietetyką nic wspólnego.

Zjadanie zwierząt

Najbardziej zabolało mnie w tej lekturze to, że zupełnie pominięto moralny aspekt tego, co robią mięsożercy. Mamy w końcu XXI wiek! Czy to możliwe, że ktoś jeszcze wierzy w mity zrównoważonego rolnictwa i w coś takiego jak humanitarne zabijanie zwierząt? Podczas lektury ciągle myślałam o tym, że autorce pewno byłoby bardzo nieswojo pisać to co napisała, gdyby wcześniej przeczytała Zjadanie zwierząt, Status moralny zwierząt lub gdyby po prostu obejrzała Cowspiracy. Ciekawe jakby się potem czuła zajadając te wychwalane skórki kaczek i kurcząt, krwistą wołowinkę i pajdy chleba ze smalcem popijane gęstym bulionem na kościach.

Za wątpliwe moralnie uważam też kpienie z wegan i wegetarian, będących skrytymi kanibalami, oraz sugerowanie, że roślinożercy mają poważne problemy ze zdrowiem. Gdyby to, co pisze pani Rubin było prawdą, mnie i innych znanych mi roślinożerców już dawno nie byłoby wśród żywych. Do tego zupełne milczenie nad problemami takimi jak rak czy zachwiania równowagi hormonalnej spowodowane wtłaczanie w siebie dużych ilości zwierzęcego białka i tłuszczu, choć już przecież wszyscy na świecie wiedzą, że to szkodliwe. Osobiście przestałam traktować to, co jest tu napisane, poważnie, gdy dotarłam do miejsca, w którym powiela się już dawno obalony mit o pełnowartościowym białku.

Od lat dokształcam się w temacie, staram się mieć otwarty umysł i widzę, jak zmienia się nasza rzeczywistość pod wpływem faktów, których nie da się już zepchnąć w niebyt. Choć ludzie nie chcą wiedzieć, że hodowla mięsa doprowadza naszą planetę do katastrofy, lub, że mleko pochodzi od ciężarnych bądź karmiących krów, aż kipiących od hormonów (i tu nie ma znaczenia czy są humanitarnie wypuszczane na trawę, czy nie) to jednak dochodzą do nich te informacje, zmienia się świadomość.

Nie ma chyba sensu bym dłużej rozpisywała się na temat tego poradnika. Pozostaje mi jedynie życzyć autorce spotkania z którymś z jedzących tylko rośliny kulturystów lub z ultramaratończykiem weganinem, by mogła się na własne oczy przekonać, iż weganie nie są schorowanymi, pokręconymi pokurczami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *