Yoko Ogawa, Muzeum ciszy

Choć bardzo lubię japońskie klimaty i szukam ich wszędzie, na tę książkę trafiłam przypadkiem. Tak się złożyło, że będzie to kolejna pozycja obowiązkowa w naszym lokalnym DKK. Usiadłam do czytania bez jakichkolwiek informacji na temat autorki, bez oczekiwań, dzięki czemu spotkało mnie kilka miłych niespodzianek. Nie jest to może jakieś przełomowe czy wybitne dzieło, ale jeśli lubicie tajemnicze i dziwne opowieści ociekające metafizyką i japońskością, to Muzeum ciszy w pełni was usatysfakcjonuje. Prawdopodobnie, gdybym wcześniej nie znała powieści Koniec świata i hard-boiled wonderland to bardziej bym się zachwycała Ogawą. Niestety, przy dziele Murakamiego, opowieść o muzealniku na prowincji wydaje się przewidywalna i pozbawiona głębi, co jednak wcale nie przeszkadza cieszyć się jej (nieco tylko wymuszonym i sztucznym) nastrojem.

W prowincjonalnym małym mieście

Akcja powieści rozpoczyna się wraz z przybyciem młodego muzealnika to małego, na pierwszy rzut oka zupełnie zwyczajnego miasteczka, którego położenia dokładnie nie znamy. Trzydziestoletni mężczyzna stara się o zlecenie na stworzenie kolejnego w swej karierze muzeum, ale nie od razu zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie to zwykły budynek przeznaczony do prezentowania uporządkowanej kolekcji eksponatów. Gdy kustosz pojawia się w miasteczku, pierwszą osobą jaką spotyka jest urocza dziewczynka, zabierająca go do swojej matki, z którą mieszka w rozległej rezydencji (w prawdziwym pałacu) w starym stylu. Matką i przyszłą pracodawczynią okazuje się bardzo leciwa starsza pani, nazywana przez muzealnika staruchą. Nie sposób nazywać ją milej, gdyż ta oryginalna seniorka ma bardzo trudny, złośliwy i dokuczliwy charakter. Zadanie, jakie powierza nowemu pracownikowi, nie jest podobne do niczego, co mógł on robić wcześniej. Wraz z ogrodnikiem (złotą rączką od wszystkiego) ma on przebudować stajnię i gdy już powstanie z niej muzeum, wystawić eksponaty, którymi w tym przypadku są osobliwe pamiątki po umarłych. W piwnicznych zbiorach staruchy, przypominających na początku sterty śmieci, znajdują się pamiątki po zmarłych z pobliskiego miasteczka, praktycznie po wszystkich, którzy odeszli za jej długiego życia. Nie są to żadne zdjęcia czy jakieś tam zwyczajne bibeloty. Za każdym razem gdy śmierć przychodziła, starucha starała się zabrać coś, co było jak najbliższe umierającym. Do muzeum mają trafić nawet tak dziwne rzeczy jak sekator dziadka ogrodnika (pierwsza osoba, której śmierć widziała starucha), rozmaite przedmioty codziennego użytku, a nawet krążek antykoncepcyjny zamordowanej prostytutki.

Gdy już nam się zdaje, że będzie to zwykła powieść o kontemplacji przenikania się życia i śmierci, w miasteczku dochodzi do kolejnych śmierci, a że starucha nie jest już w stanie zakradać się po osobiste pamiątki po zmarłych, wysyła na misje muzealnika i swoją córkę, którzy zaskakująco dobrze wywiązują się ze swoich zadań. Nowe obowiązki będą jednak miały zadziwiające i niepokojące konsekwencje dla młodego kustosza.

Mnisi w futrach białych bizonów

Bardzo przypadł mi do gustu wątek nauczycieli ciszy, czyli mnichów żyjących w odosobnieniu składających śluby milczenia. Nauczanie w ich przypadku polega na tym, że bosy i odziany jedynie w futro bizona osobnik staje na środku rynku i milczy ze złożonymi rękami. Jako że raczej już nic nie powie, co jakiś czas podchodzą do niego ludzie i zdradzają swoje najskrytsze tajemnice, bezpieczne u niemego mnicha. Mieszkańcy miasteczka mają ulgę jak po spowiedzi, w ich sercu zalega kojąca cisza, a w dodatku nie potrzeba do tego zbędnych ceremonii. Jeśli jesteście, jak ja, osobami, z których słowa się wylewają, możecie doznać prawdziwej ulgi czytając o nauczycielach ciszy. Szkoda, że ich klasztor czy pustelnia był jakoś tak słabo osadzony w realiach powieści. Trudno było się w tym świecie zadomowić, gdyż zwyczajnie brakuje danych. Wszystko tu, nie tylko klasztor, ale też pałac staruchy i całe miasteczko, sprawiają wrażenie zwieszonych w próżni. Nie jestem oczywiście specjalistką, a jedynie entuzjastką literatury, ale mam zawsze w takich wypadkach wrażenie, że autor idzie na skróty. Nie mniej jednak, przyjemnie się to czyta, gładko wchodzi, jak mawiali moi uczniowie.

Gdy myślę o Muzeum ciszy, to jestem pewna, że za kilka tygodni nie będę może pamiętała narastania mrocznej atmosfery wokół fetyszystycznej afery sutkowej, morderstw młodych kobiet czy ataku terrorystycznego (tak, tak, w tej niewielkiej powieści wiele się zmieściło różnorodnych tematów), ale z pewnością zapamiętam ciekawe szczegóły dotyczące życia młodego muzealnika. Nie można odmówić Yoko Ogawie wielkiego talentu do opisywania detali, dzięki czemu nawet tak nudna na pozór dziedzina jak muzealnictwo, zyskuje na atrakcyjności. Aż by się chciało samemu stworzyć jakiś ciekawy zbiór. Podobały mi się także codzienne rytuały pana kustosza, który nie położy się spać, jeśli nie przeczyta choćby fragmentu Dziennika Anne Frank, a relaksuje się najlepiej patrząc na żywe komórki różnych organizmów pod mikroskopem (jednak pastwienia się nad żabami i ślimakami nie mogę mu wybaczyć).

Po przeczytaniu tej książki nie ma się takiej satysfakcji co po dowolnej lekturze napisanej przez Murakamiego, ale jeśli tak jak ja nie możecie się doczekać następnej powieści japońskiego pisarza, Ogawa będzie dobrym remedium na wasze tęsknoty. Co prawda bizony to nie jednorożce, a słuchanie opowieści starych gratów to nie to samo co wysłuchiwanie czaszek, ale jest za to przyjaźń trzydziestolatka z nastolatką i bardzo ciekawie opisane uszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *