Natsume Sōseki, Światło i mrok

Blogowanie o książkach jest, oprócz wszystkiego innego, przede wszystkim procesem wiecznego uczenia się, o czym książki takie jak Światło i mrok co jakiś czas mi przypominają. Myślisz sobie, a co mi szkodzi przeczytać?, dobrze się przecież nauczyć czegoś nowego. Cieszysz się już nawet na myśl, że dowiesz się czegoś o Japonii, kraju, który śni ci się po nocach i który (gdyby nie fundusze) mógłby być twoim domem. Wreszcie zabierasz się za lekturę, gratulując sobie w myślach, że tak naprawdę, dzięki czytaniu japońskich klasyków, fundujesz sobie darmowy kurs japonistyki i to bez konieczności uczenia się skomplikowanego alfabetu, nie do ogarnięcia dla twojego mózgu. No same plusy zupełnie, a potem zaczyna się walka. Nieszczególnie obszerny tom okazuje się pochłaniaczem czasu i uwagi na długie tygodnie, bohaterowie, niby zwyczajni i prości, stają się dla czytelnika sadystycznymi potworami (o tym, czym męczą, poniżej), a sam sposób opowiadania jest tak boleśnie wyrafinowany, że w pewnym momencie zaczynasz myśleć, że chyba łatwiej by było zgłębiać tajniki japońskiej gramatyki niż meandry życia wewnętrznego opisanych tu postaci. Zapewniam jednak, że warto dać się przewlec, przeczołgać, przez te opisy i dialogi, choćby dla końcowej satysfakcji, że daliśmy radę i że do naszej pamięci została załadowana cała wielka baza wiedzy na temat historii społecznej i kulturowej Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jak mąż z żoną

„W pewnym sensie, mimo, iż na co dzień stawali naprzeciw siebie na ringu zwanym małżeństwem, niczym rywale w zawodach sumo, i we wzajemnych stosunkach żona czasem była partnerem, a czasem przeciwnikiem męża, na zewnątrz zawsze musieli być sojusznikami”.

Do takiego opisu mogłaby się sprowadzać próba opisania wzajemnych relacji pary młodych małżonków, Onobu i Yoshio. Sytuacja wyjściowa jest bardzo podobna do tej opisanej w poprzedniej powieści Natsume Sōseki omawianej przeze mnie, czyli we Wrotach. Para mieszka na obrzeżach Tokio, w swoim małym skromnym domku z tylko jedną (!) służącą. Mamy początek XX wieku, pod względem egzotyczności wręcz szokujący dla ludzi Zachodu. Akcja rozpoczyna się od wizyty męża u lekarza, który zaleca rychłą operację. Ma to być niewielki zabieg medyczny, wymagający od mężczyzny jednak kilkudniowej hospitalizacji. Zaczyna się więc cały ciąg rozmów z pracodawcą na temat zwolnienia, odwiedzanie znajomych i rozmowy z krewnymi, podczas których dokładnie poznajemy sytuacje życiową młodego małżeństwa Tsudów. Okazuje się, iż pomimo całkiem dobrego stanowiska trzydziestoletniego Yoshiego, nie może się on obyć bez ciągłej pomocy mieszkającego w Kioto ojca, który traci już cierpliwość dla ekstrawagancji syna i synowej, i postanawia przykręcić kurek z gotówką akurat teraz, kiedy jest ona najbardziej potrzebna. Siostra Tsudy ma dla niego dużo dobrych rad, jak sobie radzić z rodzicami, a jego znajomi oraz krewni (także ze strony żony) dokonują dogłębnej analizy ich trwającego już rok związku małżeńskiego.

O tym, że małżeństwo to arena walki o władzę, wiadomo od zawsze, ale rzadko można się zetknąć z tak drobiazgowym opisem tych zmagań. Onobu i Yoshio są bardzo świadomi siebie i swoich zachowań, a do tego lubują się w szczegółowych analizach typu „on powiedział…, a ja mu na to…., zrobił to tak, więc jest taki…”. Jest to momentami naprawdę trudne do zniesienia dla czytelnika, ale niezbędne byśmy mogli dokopać się do prawdy i zrozumieć z czym mamy do czynienia, czyli co leży pomiędzy małżonkami, nie pozwalając im na życie w pełnej harmonii.

Niedokończone arcydzieło

Światło i mrok to ostatnia powieść autora, której nie udało mu się ukończyć. Z początku z lekkim niedowierzaniem czytałam w Internecie o tym, że Natsume Sōseki uważany jest za wielkiego pisarza (może za największego w całej literaturze japońskiej), a dowodem na uznanie rodaków ma być fakt jego obecności na 1000 jenowym banknocie. Wszystko dobrze, ale zupełnie tego nie czułam i w tym miejscu przyznam się szczerze i ze wstydem, że zdarzyło mi się nawet parę razy rzucić tym tomem, tak mnie długaśne i zawiłe dialogi rozsierdziły. Potem jednak z pokorą zawsze wracałam do lektury (gdy napiszę własną, osobistą wersję Mojej walki, tej książce poświęcę cały rozdział) i było coraz łatwiej, szczególnie gdy popracowałam nad otwarciem umysłu na tę wyrafinowaną egzotykę. Mówiąc wprost, superpłaski Murakami to to nie jest. To lektura dla osób gotowych doczytywać i poszukiwać informacji w różnych źródłach, bo bez kontekstu niewiele można z tego zrozumieć. Ja akurat uważam, że to wielki plus, bo w końcu coś mnie zmusza do myślenia i edukowania, do rozwijania zainteresowań i poszerzania zbioru praktycznych informacji, które z pewnością przydadzą się jeszcze podczas lektury innych japońskich tekstów kultury.

Światło i mrok to nasza wielka szansa na spojrzenie na japońskie miasto i mieszkających w nim ludzi z przełomu XIX i XX wieku. Na kartach tej powieści rodzi się nowoczesność, mieszkańcy Tokio jeszcze jeżdżą rikszami i celebrują tradycyjne święta, ale też korzystają z telefonu, coraz lepszej opieki medycznej, a zachodnie ubrania przywdziewają tak samo często jak kimona. Przez kilka dni przyglądamy się z bardzo bliska małżonkom, mężowi, leżącemu w szpitalu i żonie, bywającej w teatrze, u rodziny czy przebywającej w domu, budując sobie w głowie model życia Japończyków z tego niezwykłego okresu w historii.

Tym, co mnie najbardziej zaskoczyło w tej powieści, jest sieć wzajemnych powiązań rodzinnych i towarzyskich bohaterów, to jak bardzo ich życie zależy od rodziców, szefów, wujków, ciotek i dalszych znajomych. Przed każdym trzeba trzymać fason, być wiecznie czujnym i uprzejmym do bólu, zapominając o tym, kim się jest w środku. Poprawność tych złożonych stosunków jest dla mnie na poziomie, który wydaje mi się wprost niemożliwym do osiągnięcia przez zdrową psychicznie osobę, a przecież tak właśnie wyglądało (i dziś może też wygląda) życie Japończyków. Standardy wyśrubowane do granic wytrzymałości, poprzeczka zawieszona na kosmicznie wysokim poziomie. Niewola i tortura!

Zaskoczyło mnie też to, jak bardzo autor stara się oddać realizm psychologiczny swoich bohaterów. To całe kluczenie i wymigiwanie się od odpowiedzi podczas rozmów, to ciągłe analizowanie i mielenie jednego tematu z każdej strony (które bardzo mi z początku przeszkadzały) to zapewne rodzące się na naszych oczach (czy też na oczach współczesnych pisarzowi czytelników) nowoczesne i realistyczne opisy psychologiczne. W tym sensie Natsume Sōseki nie tylko opisuje rodzącą się wokół niego nowoczesność, ale też tworzy styl pisania, mogący oddać to, jaki wydawał się świat żyjącym na początku XX-tego wieku Japończykom.

Jednym słowem, jeśli akurat jesteście w nieco snobistycznym nastroju i macie ochotę na sporą dawkę wyrafinowanej umysłowej gimnastyki, będziecie mieć wiele satysfakcji z lektury Światła i mroku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *