World War Z

Jak to często w kinie bywa, także podczas oglądania World War Z przekonałam się, że historia nie jest nawet w połowie tak dobra jak sugerowały zapowiedzi. Mimo to, warto jednak obejrzeć najnowszą opowieść o zombie, choćby dla poczciwej twarzy Brada Pitta i cichej satysfakcji z tego, że nawet najpiękniejsi ludzie muszą się kiedyś zestarzeć, czego przykładem są bardzo widoczne na ekranie worki pod oczami, opuchlizna i zmarszczki aktora. To oczywiście nie powinno odstraszać prawdziwych fanów wielkiej urody i średniego talentu artysty. Za to odstraszeni i zniesmaczeni będą fani opowieści o zombie, liczący na jakieś nowe, oryginalne podejście do tematu. Tego niestety tu nie zobaczycie.

Film w reżyserii Marca Forstera ma klimatyczny, ale krótki wstęp, podczas którego widzowie poznają sympatycznego Gerry’ego Lane’a (Brad Pitt) i jego rodzinę. Po niedawnym odejściu z ONZ Gerry jest pociesznym domowym kapciuchem smażącym córkom i żonie co rano naleśniki, ale jak się domyślacie, ta sielanka szybko się kończy. Tym razem to zombie (choć równie dobrze mogliby być kosmici, stwory z głębin czy jakaś inna śmiertelna zaraza), namnażające się w potwornym tempie, chcą doprowadzić do totalnej zagłady ludzkości. Oczywiście, jak można się przypuszczać od samego początku, nasz mega celebrycki ojciec dekady do tego nie dopuści.

Poza samym Pittem World War Z nie ma wielu atutów. Najbardziej przeszkadzała mi szybka akcja, która rwie się i rozłazi, i to pomimo faktu, że film jest tak naprawdę samą akcją, z nielicznymi i krótkimi chwilami wytchnienia. Przez nieustające serie wystrzałów, pogoni, wybuchów, krzyków oraz lądowych i powietrznych katastrof transportowych, widz szybko znieczula się na to co widzi na ekranie. Nie ma absolutnie żadnego stopniowania napięcia, co sprawia, że World War Z wydaje się filmem nieprzemyślanym i nakręconym bez wyczucia. Brad Pitt jest po prostu przerzucany (a wręcz miotany) z miejsca na miejsce, aż w jego zwichrowanej i wycieńczonej mózgownicy nie pojawi się rozwiązanie wszelkich problemów ludzkości. Nie ma mowy o przerwie na spanie, jedzenie czy siusiu. Nasz bohater jest na misji.

Wielu fanom zombie opowieści może przeszkadzać także to, że film jest naprawdę mało oryginalny, ale to prawdopodobnie dlatego, że chyba wszystkie wariacje na temat zombie już widzieliśmy w niezliczonych filmach i serialach. Od przeciętnego odcinka The Walking Death lub In the Flesh WWZ różni się tylko rozmiarem budżetu przeznaczonego na efekty specjalne oraz znacznie mniejszą ilością dialogów. No i oczywiście żaden z dotychczasowych poskramiaczy nieumarłych nie był aż tak podejrzanie pomysłowy i nielogicznie wytrzymały jak Gerry Lane. To wręcz absurdalnie śmieszne, że nic nie jest w stanie go powstrzymać, ani nawet spowolnić. Nie straszne mu czołowe zderzenia na drodze, katastrofa samolotowa, ani nawet spora część rozbitego aeroplanu tkwiąca w jego ciele. Dzielny Brad wciąż prze naprzód.

Na szczęście jest też wiele ciekawych aspektów tego filmu, pod warunkiem jednak, że się patrzy z lekkim przymrużeniem oka. Proponuję na przykład zestawienie scen z samolotu z tym, co mówi grany przez Pitta Tyler Durden w Fight Clubie na temat katastrof lotniczych i oddychania przez maski tlenowe. Nic dziwnego, że tylko on (no i łysa żołnierka bez ręki) przetrwał zderzenie. Warto też spojrzeć na kreację aktorską Brada Pitta pod kątem tego, jak bardzo bycie częścią składową celebryckiego duetu Brangelina ociepliło jego filmowy wizerunek. Teraz może już naprawdę wiarygodnie odgrywać na ekranie kochającego, troskliwego i skorego do poświęceń ojca rodziny.

Wreszcie warto również wspomnieć o tym, że World War Z ma wiele aspektów komicznych. Najśmieszniejsze są same zombiaki, które, jak im się bliżej przyjrzeć przypominają chore na wścieklizną, kłapiące dziobem pelikany (osobiście podejrzewam, że autor książek, na podstawie których nakręcono film, a także wiele osób z ekipy, inspirowali się w pracy kocim zachowaniem; to jak truposzki reagują na najcichszy dźwięk oznaczający jedzenie i zlatują się jak muchy do padliny, nie pozostawia wątpliwości, że jest to opowieść o zniewoleniu właścicieli kotów, a nie, jak twierdzą niektórzy, o światowym kryzysie i tłumie niezadowolonych obywateli). Bardzo pocieszny wydaje mi się także pomysł ludzi od castingu, by w roli żony najprzystojniejszego żyjącego mężczyzny obsadzić Mireille Enos. Moja ulubiona aktorka z The Killing, będąca wszystkim tym czym nie jest wielka nieobecna przy Bradzie Angelina, wygląda tutaj jak kwiatek do kożucha, ale miło w sumie, że zaistniała na ekranie taka sugestia, że nie zawsze chodzi o wygląd. Niska, blada, piegowata, ruda, z odstającymi uszami i pomarszczona Enos daje nadzieję milionom przeciętnie urodziwych kobiet na to, że one też zasługują na przystojniaka u boku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *