Wayward Pines

Nie jestem fanką twórczości Blake’a Croucha i serial raczej tego nie zmieni. Jak na coś co miło ambicję bycia nowym Twin Peaks to raczej słabo wypada owa telewizyjna produkcja. Serial ma te same wady co powieści, a i kilka własnych doszło po drodze. Ogląda się to bez emocji, z lekkim znudzeniem, no bo ile można patrzeć jak się główny bohater miota i gania za własnym ogonem. Przez to, że stawia się na akcję, bez dłuższych przystanków w postaci rozmów między bohaterami, wszystkie postaci są szablonowe, pozbawione psychologii i karykaturalnie drętwe. Może to kogoś zdziwić, ale same sosny nie wystarczą, by zrobić z telewizyjnego średniaka nowe Twin Peaks.

Agent Burke w leśnej arkadii

Specjalny agent Secret Service Ethan Burke (Matt Dillon) trafia do malowniczo położonego w górach miasteczka Wayward Pines. Jest tam oczywiście służbowo, a jego misją jest odnalezienie pary zaginionych przed kilkoma dniami agentów (z czego jeden agent to jego była kochanka). Do samego miasteczka Burke nie dojeżdża, gdyż spotyka go przykry wypadek samochodowy, po którym budzi się na trawie i nie wie co się dzieje. My też nie wiemy. Gdy agent błądzi po mieście, przepytuje kolejnych obywateli o to co się z nim stało, możemy mieć wątpliwości co do tego, czy to jemu się w głowie pomieszało, czy też waywardianie są wyjątkowo skrytą i zamkniętą w sobie grupą. Wraz z rozwojem akcji w kolejnych odcinkach okazuje się, że raczej to drugie. Choć na pierwszy rzut oka przesiąknięte balsamicznym zapachem sosen Wayward Pines może się wydawać prawdziwą arkadią, to już przy bliższym poznaniu gotowi jesteśmy stwierdzić, że to istne piekło. Obywatele nie starzeją się stosownie do swego wieku, z miasta nie można praktycznie wyjechać, jest zakaz mówienia o przeszłości, a gdy ktoś się wyłamie, dochodzi do publicznego osądu i brutalnych egzekucji. Za tym wszystkim kryje się tajemnica, którą może znać na przykład złowieszczy szeryf Pope (Terrence Howard) oraz niepozorny psychiatra dr Jenkins (Toby Jones). Nasz dzielny agent nie spocznie, póki nie wyjaśni wszystkich zagadkowych wątków lub póki nie uda mu się uciec (co w sumie na jedno wychodzi).

Ależ się wlecze!

Nieodmiennie nie mogę wyjść z podziwu, jak coś opartego praktycznie wyłącznie na wartkiej akcji, może się tak niemiłosiernie znudzić już po pierwszych minutach. Zupełnie tak samo jak z serialem Dig. Momentami nie można już tego znieść, takie to irytujące. Nieszczęsny Burke, pozbawiony życia wewnętrznego i o kamiennej, nic nie wyrażającej twarzy Matta Dillona, biega z bronią po miasteczku, ucina sobie krótkie i gniewne pogawędki a to z wkurzoną pielęgniarką, a to z szeryfem, i do niczego to nie prowadzi. Rozumiem, że trzeba akcję rozciągnąć na 10 czy 12 odcinków, ale w końcu po to zabrali się za całą trylogię, a nie tylko za pierwszą część, żeby materiału nie zabrakło. Zresztą pocięto scenariusz w zupełnie niezrozumiały dla mnie sposób. Serial naprawdę wiele by zyskał, gdyby na przykład nie wycięto całego wątku związanego z wojenną przeszłością Burke’a. Moglibyśmy się dzięki temu dowiedzieć o nim czegoś więcej i może nawet polubić tego bohatera. A tak patrzymy tylko jak się miota, niczym postać w słabej grze komputerowej, przechodząca od jednego levelu do kolejnego, i tylko czasem zatrzymuje się na krótką drzemkę czy aby zmyć ślady krwi z nieśmiertelnej, niezniszczalnej białej koszuli. Mogliby chociaż pokazać więcej głównych atrakcji czających się za ogrodzeniem w lesie, ale pewno efekty specjalne są za drogie i zobaczymy gollumy dopiero w finale i to przez sekundę w tle. Oj mam nadzieję, że się mylę.

Wayward-pines-serial-1

Nie lepiej jest z wątłymi wątkami pobocznymi. Żona Burke’a, Teresa, choć grana przez naprawdę uroczą Snahhyn Sossamen (tylko ona i Melissa Leo naprawdę przypominają bohaterki Twin Peaksa), to jednak jest strasznie mdła i monotematyczna. Ciągle tylko narzeka, że ją zdradza i zdradza, zamiast pomóc widzom się domyśleć jaki naprawdę mamy rok. O reszcie waywardianów nie ma nawet co wspominać, bo zdają się zajęci jedynie wiecznym polowaniem na czarownice i oszukiwaniem monitoringu oraz podsłuchów. No ileż można?!

Jeśli dotrwam do finału serii, to chyba tylko dla tych leśnych widoków, których nie ma wcale znowu tak dużo, jakby się można spodziewać.

Nie wiem gdzie indziej mogłabym to zrobić, więc napisze w tym miejscu, że ogromnie mnie cieszy, iż planowane jest wznowienie serialu Twin Peaks. Nie ma niczego co w równym stopniu zaważyłoby na formie dzisiejszych filmów i seriali niż właśnie Twin Peaks i może Z archiwum X, które też wznowiono. Po co nam słabe naśladownictwo, jak możemy mieć równie dobre, jak nie lepsze, kontynuacje oryginałów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *