Tyrant

Zapowiadało się naprawdę dobrze, a skończyło katastrofą większą niż zwykle. Pomysł na ten serial jest ciekawy. Oto obserwujemy losy syna arabskiego dyktatora, który urządził sobie spokojne i dostatnie życie w USA, ale po latach odwiedza ojczyznę z powodu ślubu bratanka. Choć przeczuwa, że może się to źle skończyć, zabiera ze sobą żonę i dwójkę dzieci. Zaraz po wylądowaniu w egzotycznej, arabskiej krainie, pojawiają się różne złowieszcze znaki, a gdy tautś-dyktator umiera, a brat-psychopata potrzebuje pomocy w tłumieniu buntów ciemiężonej ludności, Barry (Adam Rayner) już wie, że musi zostać w ojczyźnie na długo, a może i na zawsze.

Zderzenie cywilizacji Zachodu, w której żył do tej pory Barry, z jego arabskimi korzeniami, mogło wypaść naprawdę ciekawie. Niestety, zamiast widowiska na miarę Homelandu, dostaliśmy jakieś pomyje. Tyrant to właściwie taka telenowela, która mogłaby mieć tytuł Arabskie noce (czy coś równe kiczowatego). Jeśli nie macie ochoty nudzić się straszliwie przez wiele godzin i zgrzytać zębami w oczekiwaniu aż w połowie sezonu (dopiero w połowie!) trafi się jakiś ciekawy odcinek, to lepiej odpuście sobie ten serial.

Właściwie wszystko tu jest złe, ale najgorsze są chyba stereotypowe wizerunki postaci, mieszczące się spokojnie w kanonie tego, co od lat Amerykanie i Europejczycy myślą, że wiedzą o Bliskim Wschodzie. Krajem rządzi jakiś konserwatywny podstarzały szaleniec, po którym władzę obejmuje nieobliczalny sadysta. Bogaci żyją w baśniowym luksusie, który do złudzenia przypomina disnejowską kreskówkę o Alladynie. Biedni cierpią cicho głód i prześladowania, a buntuje się tylko garstka rebeliantów. Do tego oczywiście mężczyźni są mega męscy i obleśni jednocześnie, a wszystkie ich uległe i religijne kobiety, bez względu na wiek, wyglądają jak supermodelki i mówią frazesy jak z Dynastii (,,To twoja rodzina”, ,,Ale to twój brat”, no bardzo odkrywcze). Same klisze i powtórki z rozrywki, w dodatku źle odegrane.

Przewidywalna fabuła może i by aż tak nie przygnębiała, gdyby nie fatalne aktorstwo. Oni są tacy mdli i drętwi, że to jest wręcz śmieszne. Jakby się oglądało parodię czegoś ambitniejszego. Wiem, że Leila (Moran Atias), czyli szwagierka i była kochanka Barry’ego, ma swój antyfanklub, ale ja zdecydowanie wolę jego żonę. Molly (Jennifer Finnigan), żona głównego bohatera, to takie aktorskie drewno, że przebija pod tym względem aktorów z polskich telenowel. Wygląda i zachowuje się tak, jakby przed chwila była jeszcze lalką Barbie, którą ktoś właśnie powiększył i ożywił, ale zapomniał dodać mózg do zestawu. A zresztą one wszystkie są do siebie podobne. Piękne, zadbane dziewczyny o martwym spojrzeniu wygadujące głupoty.

Męscy bohaterowie są podobni. Grających ich aktorów prawdopodobnie wybierano na podstawie zdjęć (z jakiejś agencji reklamowej zatrudniającej modeli bielizny). Chłopaki może i wyglądają, ale grać nie potrafią. Wyjątkiem jest może tylko grający Jamala Ashrat Barhom. Dzięki temu obleśnemu obliczu i szaleństwu w oczach, Jamal (brat głównego bohatera i nowy tyran państwa) wydaje się jedyną, naprawdę żywą postacią i to w dodatku jedną z tych, które widzowie kochają nienawidzić.

Niestety, poza czekaniem na spektakularną śmierć sadysty i zbrodniarza, Tyrant nie dostarcza żadnych innych emocji i mam nadzieję, że kolejny sezon tego dziwnego widowiska już nie powstanie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *