Blake Crouch, Wayward Pines. Szum

No cóż, ma być serial, to czytamy książkę. Nie jest to szczególnie wielkie poświęcenie, bo powieść niedługa i gładko wchodzi w mniej niż trzy wieczory. Przyznam, że gdyby nie nadchodząca produkcja telewizyjna, raczej bym tego nie ruszyła, a to za sprawą nachalnej promocji dzieła Croucha jako następnego Miasteczka Twin Peaks. Autor nieopacznie sam podsyca skojarzenia, odnosząc się na koniec do kultowego serialu, który był dla niego inspiracją, ale też na którym starał się nie wzorować za bardzo, bo (słusznie) ma świadomość ograniczoności swojego talentu. Miejcie na uwadze, ci którzy tę powieść czytać zaczynacie, że tam gdzie jest ona odbiciem dzieła Lyncha jest naprawdę dobrze, a tam gdzie wkrada się Z Archiwum X i Lost już niekoniecznie.

Wzorowe amerykańskie miasteczko

Do tego miejsca zabrano nas wielokrotnie. Za pośrednictwem licznych seriali, powieści i filmów zwiedziliśmy już niezliczoną ilość amerykańskich (ale też na swój sposób podobnych brytyjskich) miasteczek, w których panuje sielska atmosfera, ludzie są staromodnie mili i życzliwi, można liczyć na sąsiedzką pomoc, a czas jakby staną w miejscu. Właśnie w takim idyllicznym miejscu budzi się pewnego ranka Ethan Burke. Agent specjalny, weteran drugiej wojny w Zatoce, z niewiadomych przyczyn ocknął się nie w łóżku, a na brzegi rzeki, w dodatku z częściową amnezją. Spacerując po miasteczku Wayward Pines, stopniowo przypomina sobie, że jechał tu wraz z kolegą ze służb bezpieczeństwa w celu wyjaśnienia okoliczności zaginięcia dwójki innych agentów, kiedy to wjechała w nich ciężarówka. Wypadek wyjaśnia liczne obrażenia na ciele Burka, ale nic nie może tłumaczyć dziwnego zachowania tutejszej społeczności. Poturbowany agent wałęsa się po ulicach jakieś dwa dni, odkrywając, że nic nie jest tu takie, jak się wydaje, a już szczególnie ludzie, z szeryfem na czele, zachowują się bardzo podejrzanie. Na szok powypadkowy i stres związany z nowym miejscem, nakładają się Ethanowi wspomnienia tortur z czasów wojny oraz intensywne sugestie tutejszych przedstawicieli służby zdrowia, wmawiających mu, że postradał zmysły.

Równolegle do tego wątku poznajemy historię żony Ethana, którą ten opuścił jakiś czas temu i od tamtej pory kobieta nie potrafi się pozbierać. Do połowy książki zapoznajemy się ze szczegółami ,,obłędu” agenta Burke’a oraz z intymnymi detalami jego życia, a potem akcja przyspiesza i mamy już same niespodzianki.

Ile Twin Peaksa w Wayward Pines w stanie Idaho?

Właściwie to wpływów kultowego serialowego miasteczka nie jest znowu wcale tak dużo. Oczywiście Wayward Pines znajduje się na odludziu, w górskiej okolicy otoczonej (jak można się domyślać) majestatycznymi lasami sosnowymi. Jest też kawiarnia gdzie znają się na parzeniu i podają pyszny placek oraz irytująco nierozgarnięta sekretarka szeryfa. Na tym jednak koniec. Zresztą agent Burke jest w Szumie zbyt zajęty tropieniem intrygi, no i nie ma funduszy, zatem ani ciasta się nie naje, ani kawy nie napije. Z sekretarką też się nie zaprzyjaźni.

Osobiście te początkowe fragmenty najbardziej mi się podobały i naprawdę żałuję, że autor poświęcił tak niewiele czasu na oprowadzenie nas po tym uroczym miasteczku. Równe szeregi wiktoriańskich domków, zapach owoców i kwiatów w ogrodach, Sąsiedzki grill i górska bryza od gór – to naprawdę raj na ziemi. Ale sielanka się kończy, gdy nasz agent zaczyna rozpaczliwie zdrapywać słodki lukier i pazłotka, by szybko odkryć brzydszą stronę Wayward Pines. Szczegółów nie zdradzę, bo siła tej książki tkwi w większości w elemencie zaskoczenia. Powiem tylko, że w ten stylowy z początku kryminał zaczynają się wkradać elementy fantastyki, co samo w sobie jest w porządku, tyle że następuje dość późno, przez co ma się wrażenie, że to nie jedna, a dwie zupełnie różne historie.

To mi przeszkadza!

Rozumiem, że ambitny pisarz tworzy dzieło z myślą o przyszłej adaptacji telewizyjnej lub nawet filmowej. W porządku, z czegoś literaci muszą żyć, a nie każdy zarabia jak J.K. Rowling. Ten tekst jednak jest zdecydowanie zbyt filmowy, a kolejne fragmenty są napisane tak, jakby stanowiły już gotowy scenariusz. Najbardziej rzuca się to w oczy w scenach miotania się Burke’a po miasteczku i okolicach. Dziesiątki stron opisu pościgu, a właściwie kilku kolejnych pościgów zupełnie wyczerpały moje, i tak nie największe, pokłady cierpliwości. Ethan Burke walczący wręcz, biegnący, wspinający się, pełzający, skradający i skaczący, to doprawdy przesada. A wszystko to robi z poważnymi obrażeniami ciała. To już bym chyba wolała kolejną opowieść o małym miasteczku, do którego przybywa agent celem wyjaśnienia śmierci młodej dziewczyny (bo na tym to zwykle polega, czyż nie?). Za to przyznam, że sam pomysł na rozwiązanie zagadki Wayward Pines wydaje mi się bardzo ciekawy, tyle że lepiej by się komponował z zupełnie inną opowieścią, mniej w stylu Pod kopułą.

A tak w ogóle to sobie myślę, że tyle podobnych seriali już mamy, że nawiązanie do Twin Peaks nie jest już wcale oryginalne. Trudniej dziś znaleźć serial, który do tej kultowej propozycji nie nawiązuje. No ile seriali bez specjalnych agentów/detektywów, tajemniczych morderstw i spokojnych miasteczek z mroczną stroną jesteście w stanie wymienić?

Jedna myśl na temat “Blake Crouch, Wayward Pines. Szum

  • 12 lipca, 2015 o 9:14 pm
    Permalink

    W typowym amerykańskim miasteczku by gadali po hiszpańsku albo portugalsku i by było znacznie biedniejsze.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *