The Marvelous Mrs. Maisel

Ten serial jest świeży, oryginalny, przebojowy i przezabawny, a jednocześnie przepełnia go krzepiąco znajoma aura. Co to takiego? Oczywiście magiczna ręka Amy Sherman-Palladino, odpowiedzialnej za sukces dziewczyńskiego hitu wszech czasów, czyli Gilmore Girls. Fanki już wiedzą czego się spodziewać. Zgodnie z przypuszczeniami, główna bohaterka The Marvelous Mrs. Maisel, czyli Miriam „Midge” Maisel (Rachel Brosnahan) dorównuje charyzmą, urokiem i inteligencją Rory i Lorelai Gilmore, a do tego wyrzuca z siebie błyskotliwe monologi z prędkością karabinu maszynowego, podobnie zresztą jak reszta bardzo charakterystycznych bohaterów tego serialu. Ja osobiście dałam się oczarować już od pierwszych, bardzo dynamicznych i zabawnych minut serialu i zaraz po pilocie wiedziałam, że będzie to jedna z moich ulubionych produkcji tego sezonu.

Tak bym chciała damą być

Jesteśmy w Nowym Jorku na początku barwnych lat 60-tych. Młoda mężatka i matka dwójki maluchów, Midge Maisel wiedzie dokładnie takie życie, o jakim zawsze marzyła. Ma przystojnego męża z dobrą pracą, ogromne mieszkanie w stylowym apartamentowcu w centrum miasta (z recepcją i panem windziarzem) i oczywiście ukochanych rodziców mieszkających piętro wyżej. Śmiało można powiedzieć, że Midge jest ucieleśnieniem ideału kobiecości swojej epoki – zawsze nienagannie ubrana, wzorowo wypełniająca obowiązki gospodyni i nigdy nie widywana przez męża bez makijażu. Do tego, mimo ogromnego natłoku obowiązków, kobieta ma jeszcze energię by wieczorami chodzić z mężem po nocnych klubach, w których to pan Maisel (Michael Zegen) próbuje swoich sił jako komik sceniczny. Jakby tego było mało i jakbyśmy od razu nie pokochali Midge, szybko okazuje się też, że ma ona przeogromne poczucie humoru, niebywały refleks i dar miotania ciętymi ripostami, w czym dorównuje swej matce i całym pokoleniom żydowskich gospodyń domowych żyjących przed nią. I gdy już myślimy, że bardziej idealnie być nie może, wszystko wali się w gruzy. Oślepiony urokami sekretarki małżonek, staje się nieczuły na urok Midge i zostawia ją wyprowadzając się z domu (i to w przeddzień najważniejszego żydowskiego święta, co za bezczelność!).

Wstrząs związany z odejściem męża staje się dla naszej bohaterki impulsem by wkroczyć na scenę i zabłysnąć jako stand-uperka. Jej przebojowy pijacki monolog o zdradzie, porzuceniu i roli kobiety we współczesnym społeczeństwie, jest wielkim sukcesem i nic to że kończy się (podobnie jak następne wystąpienia) aresztowaniem i nocą na komisariacie. To wszystko drobnostka w momencie, gdy znajduje się swoje prawdziwe życiowe powołanie.

Stoję przy mikrofonie, niech mnie który przegoni

Jestem zachwycona pomysłem na tę serię, który jest bardzo prosty. Chodzi w nim o to, że szczęście może nam dać coś zupełnie innego niż sądzimy, niż to czego sami dla siebie chcemy i czego oczekuje od nas społeczeństwo. Niby nic, ale patrząc na zmagania Miriam, jestem w stanie uwierzyć, że odrzucenie statusu zamożnej gospodyni domowej na rzecz niepewnej kariery na scenach nocnych klubów, musiało być prawdziwym aktem odwagi. Kobiety z pewnej sfery zwyczajnie nie robią takich rzeczy, siedzą cicho, pielęgnują swoją nienaganną powierzchowność i rodzą kolejne dzieci. Tego chciała dla siebie Miriam i tego oczekiwały od niej matka i teściowa, a nawet mąż, który (paradoksalnie) w końcu znudził się ideałem.

Zachwycający w serialu jest też ostry dowcip, cechujący nie tylko Midge, ale i całą jej rodzinę, a każdy posiada go w nieco innym odcieniu czerni. Osobiście uwielbiam wszystko, co pada z ust jej ojca, Abe’a (Tony Shalhoub), a już szczególnie jego sprzeczki z teściem Midge, Moishem (Kevin Pollack). Ich żony wcale nie są gorsze, a wszyscy razem składają się na uroczo wyśmiany zbiór stereotypów na temat amerykańskich Żydów.

Oczywiście, najjaśniejszą gwiazdą jest tu Rachel Brosnahan i założę się, że mnóstwo aktorek jej teraz bardzo zazdrości świetnie napisanej roli. Jej postać jest nie tylko piękna i stylowa, ale przede wszystkim wyróżnia się nieprzeciętną inteligencją, której poczucie humoru jest najbardziej niezawodnym wskaźnikiem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że, poza funkcją czysto rozrywkową, nowy serial Amazona ma też do powiedzenia wiele ważnych rzeczy na temat sytuacji kobiet, wcale nie tak bardzo różniącej się od tej, jaką otaczają dekoracje z lat 60-tych (ta pogarda względem rozwódek, ten wstyd matki i strach w oczach żony zostawianej przez męża; jak żyć bez tej lepszej, męskiej połówki?). No i należy pamiętać, że postać Miriam oraz innych komików z serialu, wzorowano na autentycznych pionierach branży rozrywkowej, w której do dziś niestety dominują panowie.

Dla mnie The Marvelous Mrs. Maisel to rozrywka idealna, chłonę z przejęciem i ubawieniem każdą minutę każdego perfekcyjnie dopracowanego odcinka, żałując jednocześnie, że nie są dłuższe lub, że nie ma ich więcej. Gdy przy napisach końcowych wyrywa się wam westchnienie żalu, to najpewniejszy znak, że mamy do czynienia z czymś naprawdę dobrym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *