Altered Carbon

Z każdej strony słychać tylko narzekania na ten serial, a mnie się bardzo podobało. Może nie jest to dzieło na miarę Blade Runnera, czy Ghost in the Shell, ale nowa cyberpunkowa produkcja serialowa platformy Netflix to rzecz na dobrym poziomie, oczywiście jeśli oczekujemy porządnej rozrywki, a nie metafizycznego objawienia. Nie uprzedzając się, zasiadłam do oglądania w sobotę i jak siadłam, tak skończyłam w niedzielę, w pełni usatysfakcjonowana serialowym maratonem. Może jestem za mało wymagająca, może za bardzo lubię Joela Kinnamana, a może zwyczajnie, w przeciwieństwie do innych, odbioru nie zakłóciła mi znajomość literackiego oryginału. Na ile się orientuję, na adaptację Altered Carbon najbardziej złorzeczą ci, których bolą zmiany w fabule. Ja, nie mając jeszcze porównania (dopiero zaczęłam swoją przygodę z powieścią Morgana) bawiłam się doskonale, co oczywiście nie znaczy, że nie dostrzegłam też minusów, ale hej!, to ciągle Netflix i produkcja poziomem przewyższająca większość seriali, jakie mogliśmy do tej pory oglądać. Czy może liczne narzekania nie są wynikiem tego, że nam się zwyczajnie w głowach poprzewracało od serialowego dobrobytu ostatnich lat? Nie każda produkcja musi być od razu Westworldem, żeby cieszyć.

Życie wieczne i jego dziwne konsekwencje

Znajdujemy się w świecie odległym od nas o 300 lat, w którym możliwe jest nie tylko podróżowanie do pozaziemskich kolonii (drobnostka), ale i wieczne życie. Cud ten jest możliwy dzięki pewnemu wynalazkowi, tytułowemu modyfikowanemu węglowi, który w formie dysku umieszcza się w rdzeniu kręgowym człowieka by sczytywał na bieżąco wszystkie jego myśli. Po śmierci wystarczy wydobyć z ciała taki dysk, zawierający dosłownie cyfrową kopię ludzkiej duszy, i umieścić go w nowym ciele. Nie trudno się domyślić, że znajdą się zwolennicy, ale i przeciwnicy takiego sposobu na nieśmiertelność. Zachwyceni są przede wszystkim potężni i bogaci, mogący wybierać coraz lepsze cielesne powłoki na siedzibę swych znudzonych i zdeprawowanych dusz, a za to katolicy, z wiarą w ostateczność śmierci i bożą wolę, robią wszystko, by doprowadzić do zakazu wiecznego zmartwychwstawania, z zaświatów powracania.

Głównym bohaterem tej opowieści jest niejaki Takeshi Kovacs (Joel Kinnaman), pół-Japończyk, pół-Słowianin (na pewno Polak, sądząc po zachowaniu ojca), którego wydobyto z otchłani śmierci po dwustu pięćdziesięciu latach. Dawny rebeliant, walczący w powstaniu przeciwko władzy promującej wieczne życie w zmiennych powłokach, teraz sam zostaje wcielony do nowego ciała i zmuszony do pracy dla najpotężniejszego człowieka na Ziemi i nie tylko. Laurens Bancroft (James Purefoy) zatrudnia Kovacsa do rozwiązania zagadki swojej własnej śmierci. Podczas śledztwa hardy i naburmuszony były terrorysta wpada na zaskakujące tropy, także rodzinne. Nagle jego odległa historia, a także historia cielesnej powłoki, w której obecnie przebywa, łączą się ze sprawą morderstwa magnata i zbiegają w zaskakującym finale.

Sam pomysł na nieśmiertelność zapisaną w rdzeniowych dyskach uważam za bardzo intrygujący. W serialu ma on albo śmieszne, albo tragiczne skutki. Są całe wypożyczalnie ciał, dzięki którym można sobie zaprosić na święta na przykład zmarłą babcię w ciele wytatuowanego łysego pana. Są też więzienia dla jaźni, w których dyski idą do lodu na stulecia. W tym świecie naprawdę liczy się wnętrze, bo na podstawie powierzchowności nie można stwierdzić z kim się właśnie rozmawia. Kości, skóra i mięśnie to tylko cielesna powłoka, co samo w sobie jest podejrzanie chrześcijańskie w wymowie.

Osobną sprawą jest już to, jak ludzka psychika znosi stan bliski nieśmiertelności. Nasi bohaterowie żyją na krawędzi, bo nie muszą się bać o przetrwanie. Gdy coś im się stanie, ich osobowość znajdzie się w nowym, zapewne lepszym i wyposażonym w dodatkowe funkcje ciele. No i mamy tych najbogatszych, żyjących kilkaset lat Matuzalemów, którym się w głowach już miesza z nudów. To dopiero krańcowe stadium dekadencji.

Bice, cyce i poślady nagich gladiatorów

Zapamiętam tę serię ze względu na kilka intrygujących postaci. Bardzo polubiłam Kovacsa i muszę przyznać, że grający go Kinnaman, często mimo braku szczególnie błyskotliwych kwestii do wypowiedzenia, robił co mógł, by zaprezentować całą złożoność swojego bohatera. Jeszcze bardziej jednak polubiłam pana Poe (Chris Conner), czyli sztuczną inteligencję zarządzającą hotelem o wiele mówiącej nazwie Kruk, a upostaciowionej w formie Edgara Allana Poe’go oraz mówiącej jego frazami z odległej gotyckiej przeszłości. To im się naprawdę udało. Mniej przypadły mi do gustu panie, przez które zarzuty o to, że serial przypomina telenowelę, są częściowo uzasadnione. Gdy zadziorna policjantka, Kristin Ortega (Martha Higareda) zabierała głos, aż mnie zęby bolały z irytacji. O pani Bancroftowej, blond lwicy salonowej Miriam, myślę sobie, że bardzo przestrzeliła naśladownictwo Claire Underwood i Alexis Carrington. Natomiast siostra Kovacsa, Reileen, grana przez Dichen Lachman, jest żywym dowodem na to, że geny słowiańskie i azjatyckie nie łączą się w korzystny sposób. Tej kobiecie zupełnie odbiło, nie rozumiałam jej nawet przez chwilę, a i ona zdaje się nie pamiętała, czy jest siostrą, czy porzuconą kochanką głównego bohatera. No dziwne te panie były, ale na swój sposób i one coś wniosły do tematu wad (i językowych zniekształceń) wynikających ze zbyt długiego życia. Są też niezamierzenie śmieszne momentami, co zawsze doceniam :)

Osobną sprawą wreszcie jest golizna, za którą chyba najbardziej krytykuje się serialową wersję Altered Carbon. I znowu bardziej mnie to śmieszy niż irytuje, bo w końcu takie są standardy współczesnej telewizji. Nie do końca rozumiem dlaczego co druga scena walki odbywa się na golasa i czemu bohaterki tak uparcie odmawiają noszenia staników, ale co mi tam. Widać, że wielki budżet zapewnił odpowiednią oprawę wizualną, której częścią stały się też wyrzeźbione nagie ciała. Zresztą, byłabym hipokrytką, skarżąc się na przykład na nadmiar zbliżeń na bicepsy i klatę Kinnamana :) Jak mu nie wyjdzie w aktorstwie, powinien otworzyć chłopak siłownie i zgarniać miliony za swój trening. Na to się jednak nie zanosi, bo aktorsko też daje radę, co można zauważyć w scenach, w których golizna nie rozprasza widza.

Na koniec jeszcze taka uwaga, że od początku do końca widać, na co wydano te 70 milionów dolarów. Czuć, że jest na bogato, szczególnie jeśli chodzi o efekty specjalne czy sceny walki. Recenzenci niech sobie wybrzydzają, nagród wielu serial może i nie zgarnie, ale ja i tak będę czekać na kolejną odsłonę Altered Carbon. W końcu powieści z cyklu o Kovacsu Morgan napisał trzy, zatem jeszcze wiele przed nami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *