Sztanga i Cash

Panowie ze Sztangi i Casha znają odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania. Aminokwasy przed czy po treningu? Koktajle czy batony energetyczne? Jaki podkoszulek najlepiej podkreśla biceps? Jaki jest najlepszy samoopalacz i krem depilujący? Jak sobie poradzić z impotencją wywołaną sterydami? No i oczywiście ile gramów białka na kilogram? Normalnie wiedzą wszystko. Czy nam się to podoba czy nie, takich chłopaków jest wśród nas mnóstwo (mam nadzieję, że nawet niektórzy przeczytają to co piszę) i właśnie dlatego Pain & Gain niedługo stanie się filmem kultowym. Oczywiście nie mam nic przeciwko, a co więcej, uważam także, że każda grupa, podgrupa czy subkultura może sobie czcić dowolne wytwory filmowe, opowiadające w końcu ich historię. Oglądając film o przygodach trzech niezbyt rozgarniętych kulturystów, nie można nie pomyśleć, że wszystko to jest bardzo prawdziwe, a jednocześnie groteskowo śmieszne.

Ci, którzy uważają, że Pain and Gain to lekka, głupawa komedia, są w dużym błędzie. Obraz ten opiera się na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w Miami w latach 90 i moim zdaniem jest tak naprawdę paradokumentem, pokazującym do czego może doprowadzić obsesja na punkcie ciała i pieniędzy. Bohaterami opowieści są amatorzy kulturystyki (wierzący tylko w fitness i amerykański sen, a jeden z nich także w Jezusa), którzy chcą raz na zawsze zmienić coś w swoim życiu. Jak zwykle chodzi o pieniądze. Drogą do łatwego bogactwa jest dla nich porwanie bogatego przedsiębiorcy (w tej roli rewelacyjnie irytujący Tony Shalhoub, czyli pamiętny detektyw Monk) i torturowanie go aż do momentu, w którym zdecyduje się podpisać wszelkie upoważnienia i oddać im całe swoje bogactwo. Plan beznadziejny, ale wykonanie jeszcze gorsze. Aż dziwne jak wiele rzeczy może się nie udać trzem pomysłowym chłopakom. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale bądźcie gotowi na większą dawkę makabry i kroniki kryminalnej, niż zapowiadanej komedii.

Szczególnie wyraziści w Pain and Gain są główni bohaterowie czyli grany przez Marka Wahlberga Daniel Lugo oraz jego pomocnik, pobożny Paul Doyle, w którego wcielił się Dwayne Johnson. Panowie są świetni, a o ich genialnym aktorstwie (oczywiście genialnym jak na trzeciorzędnych aktorów i niezbyt ambitną produkcję) świadczy fakt, że każdy z widzów z pewnością nie raz krzyknie ,,Znam dokładnie takiego gościa!”. Wahlberg wspaniale odgrywa mentalność sfrustrowanego chłopaka z kompleksami, a Johnson jest niewiarygodnie śmiesznym religijnym kulturystą, czczącym w podobny sposób Boga i muskuły. To takie życiowe! Jestem pewna, że nikt, kto ma za sobą fazę fascynacji budowaniem mięśni, nie potępi dążeń naszych bohaterów do zdobycia jak największego bogactwa. Takie hobby przecież kosztuje. Zawsze są lepsze i droższe odżywki, zawsze też brakuje czasu na całoetatową pracę, bo trzeba pakować po kilka godzin dziennie. I zanim zaczniecie się śmiać z ,,durnych mięśniaków, którym sterydy wypaliły mózg i genitalia” to zastanówcie się lepiej nad sobą. Faceci obsesyjnie dbający o swoją sylwetkę aż tak się w końcu nie różnią od od grubasów marzących o tym by schudnąć, czy od wszystkich czytelniczek pism kobiecych, w których także chodzi jedynie o wygląd. Przesłanie współczesnej kultury jest jasne ,,Jesteś taki na jakiego wyglądasz. Liczy się jedynie opakowanie”. Kulturyści z Pain and Gain zwyczajnie uwierzyli w to bardziej niż inni.

Pod pewnymi względami ten film można by uznać za makabryczną i przyćpaną wersję Zapaśnika Aronofsky’ego. Podobnie jak starsza produkcja także pokazuje jak to jest pokładać wszystkie swoje nadzieje w ciele, gdy cała reszta już dawno zawiodła. Ja w Sztandze i Cashu widzę prawdziwy dramat młodych ludzi nie mających większych szans na powodzenie w życiu i dlatego skupiających się na jedynej rzeczy, której nikt im nie odbierze, czyli ciele. Fitness jest ich religią, a mięśnie są zarówno przedmiotem kultu, jak i żywym dziełem sztuki nad którym ciężko pracują każdego dnia mierząc rozmiary i proporcje (składników odżywczych w jedzeniu oraz procentów tłuszczu do całkowitej masy ciała). Pod względem psychokulturowym to naprawdę fascynujące.

Warto wybrać się na Sztangę i Cash również choćby dlatego, by zobaczyć całą barwna galerię mięśniaków, których możemy spotkać na co dzień. Są wśród nich: koks pozytywny na siłę, koks religijny, koks niepijący, kulturysta agresywny oraz, na skutek impotencji, mięśniak transseksualny. Zamiast się z nich śmiać, postarajcie się ich zrozumieć, a wtedy może absurdalna komedia Michaela Baya nabierze jakiejkolwiek wartości.

One thought on “Sztanga i Cash

  • Luty 26, 2014 at 10:21 am
    Permalink

    hehehe dobra recka:)
    ode mnie, drewniany jak zwykle THE ROCK wreszcie w swojej roli! Walhberg to tez czasami zgrywus:) generalnie za duzo sie chlopaki nie na grali, takie zycie.
    Pamietam jeszcze Marki Marka end the Fanki Bancza, kiedy on sie stal aktorem?

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *