Southcliffe

Southcliffe to kolejny bardzo dobrze nakręcony brytyjski serial, który może jakoś szczególnie nie porywa i nie wciąga, ale z pewnością intryguje widza i zmusza go do myślenia. Przyznam się od razu, że gdyby nie znakomite recenzje (przedobrzyli, serial nie jest nawet w połowie tak dobry jak się spodziewałam i wiele determinacji będzie mnie kosztowało dobrnięcie do końca) nie sięgnęłabym po tę kolejna opowieść o ,,małym angielskim miasteczku, w którym mieszkają sami spokojni ludzi, a którego spokój zakłóca nagle niewyobrażalna zbrodnia”. No bo w końcu ile razy można o tym samym? Dobrze chociaż, że tym razem nie zabili jakiejś kolejnej pięknej nastolatki. W Southcliffe zbrodnia jest znacznie bardziej epicka, cała fabuła opiera się bowiem na ukazaniu z możliwie wielu perspektyw dnia, w którym pewien niepozorny były wojskowy (milczący rudy brodacz) postanowił wyjść rano na przechadzkę po spokojnej okolicy, a przy okazji odstrzelił z karabinu kilkanaście osób. Normalnie pecha mieli ci co wcześnie wstali, jak na przykład starsza pani, która postanowiła popracować w ogródku (też pomysł!) albo biegająca po polach nastolatka (czego się nie robi dla zdrowia…).

Podoba mi się nawet pomysł twórców, żeby jedno wydarzenie, czyli tragiczną w skutkach strzelaninę, ukazać wielowymiarowo. Poznajemy nie tylko tych którzy zginęli (a właściwie o nich dowiadujemy się najmniej), ale i ich najbliższych oraz oczywiście sprawcę całego zamieszania. Jedyne co mi tu tak naprawdę przeszkadza (ale tak bardzo, bardzo) to ciągłe retrospekcje, które nie są w żaden sposób sygnalizowane. Może to moja wina, bo nie jestem najbystrzejsza i trudno mi się zorientować tylko po, no nie wiem, kącie padania światła, czy to co widzę akurat na ekranie dzieje się w dzień strzelaniny, kilka dni przed nią, czy też długo po niej. Normalnie, jakiś kurs wróżenia by się najpierw przydał. Przez to podczas oglądania Southcliffe mam ciągłe poczucie chaosu, ale podejrzewam, że komuś po prostu zależało, żeby mózg widza cały czas pracował na najwyższych obrotach. Reszta jest jak najbardziej ok. Miłą odmianą było pokazanie już w pierwszym odcinku kto zabił, dzięki czemu poznajemy historię jakby od końca i liczy się dla nas po pierwsze dlaczego doszło do zbrodni, a po drugie, jaki ciąg wydarzeń doprowadził do tego, że ofiary akurat tego dnia znajdowały się na drodze uzbrojonego szaleńca.

Co do szaleńca, to jest naprawdę oryginalny i, aż chciałoby się powiedzieć, wystrzałowy. Dzięki sugestywnej grze Seana Harrisa, od samego początku stałam po stronie upokorzonego żołnierza z chorą matką na karku, którego nikt w tej zabitej dechami mieścinie nie traktował poważnie. No nic dziwnego, że mu nerwy w końcu puściły. Trzeba przyznać, że jemu akurat dostała się w życiu niesprawiedliwie wielka porcja nieszczęść i frustracji (choć z drugiej strony, co mają powiedzieć na przykład głodujące dzieci w Afryce lub niepełnosprawni? to byłby dopiero świetny serial ,,czarny maluch na wózku nie wytrzymuje i zaczyna strzelać do rodziny i sąsiadów”; nie przesadzam troszeczkę?). Gdyby grał go kto inny, może dałabym sobie spokój po jednym odcinku, ale to w końcu Micheletto z Rodziny Borgiów, czyli zimna i zabójczo skuteczna maszynka do zabijania. Ani na jego szczurzej twarzy, ani w tych małych świdrujących oczkach, nie malują się żadne emocje i to jest dopiero mroczne. Oprócz Harrisa, na uwagę zasługuje tu jeszcze wspaniała Shirley Henderson, aktorka dość charakterystyczna, która świetnie wypadła wcześniej w roli suchotniczej Emmeline Fox w Szkarłatnym płatku i białym.

Dużym plusem tej produkcji jest także jego atmosfera. Nie ma tu przytulności i nostalgicznego ciepła typowych filmowych angielskich miasteczek. Wszystko jest chłodne, szare, mokre i przygnebiające, tak byśmy nie zapominali, że śmierć wisi w powietrzu.

I jeszcze jedno. Jest tutaj taka scena, dla której warto przetrzymać kilka pierwszych odcinków Southcliffe, nawet jeśli nam się nie podobają. Chodzi o pogrzeb moi drodzy. No czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Mężczyzna, który zostawił swoją wieloletnią partnerkę dla młodziutkiej dziewczyny, zrozpaczony jednak po jej śmierci (ją i jej dzieci kula trafiła w samochodzie i zrobiła wielkie kabuum!) musi zorganizować uroczystość pogrzebową. A że dręczą go wyrzuty sumienia, ponieważ wcześniej nie chciał wziąć z nią ślubu, robi imprezę 2 w 1. Biała trumna, zamiast panny młodej, sunąca do ołtarza, gdzie czeka wystrojony pan młody/wdowiec. Do tego goście, drużbowie i marsz weselny. Naprawdę powinniście to zobaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *