Lucy

Choć film jest szalenie wydumaną baśnią, która z typowym science fiction ma niewiele wspólnego, to jednak trzeba przyznać, że jest pięknie zrealizowany. Kilka pomysłów jest bardzo oryginalnych, kilka lekko głupawych, ale naprawdę dobrze się to ogląda, zwłaszcza jeśli na czas seansu zawiesi się działanie inteligencji, co jest dość dziwne w odniesieniu do filmu, którego intelekt jest głównym tematem. Naprawdę dawno już nie widziałam w kinie takiego tłumu. Prawie wszystkie miejsca były zarezerwowane. Podejrzewam, że część męską przyciągnęła powabna (na swój sposób) Scarlett Johansson, a wszystkich zaciekawiły zapowiedzi obiecujące kolejny film o błyskawicznym rozwoju potencjału naszego mózgu.

Tak jak podejrzewaliśmy przed premierą, Lucy jest bardzo podobna do Limitless (ma jednak nad tym filmem taką ogromna przewagę, że nie gra tu Bradley Cooper). Jest tu też sporo z Transcendencji (motyw I am everywhere), szczególnie w końcowych scenach. Sama fabuła jednak sprawia wrażenie świeżej i autentycznie zaciekawia. Jedyne, co mi tak bardzo bardzo przeszkadzało, to ujęcia dokumentalne z filmów przyrodniczych. Naprawdę nie muszę mieć wszystkiego tak bardzo dopowiedzianego. Czasem można się przecież zdać na własną wyobraźnię.

A teraz kilka słów o czym to jest, na wypadek gdyby któryś widz nie zauważył jeszcze bardzo intensywnej akcji promocyjnej. Tytułowa Lucy (Johansson) jest średnio rozgarniętą amerykańską studentką mieszkającą na Tajwanie. Jej rozrywkowy i zupełnie niegodny zaufania chłopak, wrabia ją w dostarczenie tajemniczej przesyłki niejakiemu panu Jangowi (Choi Min Sik), który przejmuje nie tylko walizkę, ale i samą Lucy. Nim się biedaczka obejrzy, już leży zakrwawiona w hotelowym pokoju, a w jej brzuszku znajduje się sprytnie zaszyty kilogram nowego narkotyku, który trzeba przetransportować. Niby prosta sprawa, ale jeden uraz jamy brzusznej i cała zawartość torebki trafia do jej krwiobiegu, czyniąc z Lucy istotę o niezwykłych możliwościach natury neurologicznej.

Równolegle z wątkiem Lucy, prowadzona jest narracja na temat pracy naukowej profesora Normana (Morgan Freeman), który poświęcił 20 lat na badanie hipotezy mówiącej o tym, co by było, gdyby ludzie mogli posługiwać się więcej niż 10% możliwości swojego mózgu. Gdy drogi tych dwojga się splatają, okazuje się, że Lucy jest żywym dowodem prawdziwości jego teorii i wręcz bezcennym okazem naukowym.

Nowy film Luca Bessona to rozrywka w czystej postaci i lepiej nie traktować tego, na co się patrzy, jako wiarygodnych faktów naukowych. Jest tu tyle dziur i nieścisłości, że można się tylko zirytować, choć i tak sądzę, że młodzieży lubiącej o sobie myśleć jak o przyszłych lekarzach, biologach, filozofach czy psychologach, ten film to będzie niedługo ulubiony klasyk. Żeby siebie i was nie denerwować za bardzo, nie będę nawet zaczynać wyjaśnień założenia, że korzystamy z 10% swoich możliwości intelektualnych (jest to prawda tylko w przypadku widzów polskich tasiemców i komediowych produkcji z udziałem Borysa Szyca).

Nie rozumiem tu wielu rzeczy, głównie tego, dlaczego Lucy przez cały film zabija niewinnych, a pozostawia przy życiu najgorsze szumowiny, ale to i tak bardzo dobra rozrywka. Produkcje o mega inteligentnych istotach to jedne z tych, które widzowie kochają najbardziej. Od razu sobie człowiek myśli, że w sumie też tak by mógł, że wszystko jest tylko kwestia dobrych prochów i odpowiedniej motywacji. Miło patrzeć jak się ekspresowo mózg kobiecie rozrasta, choć osobiście bym wolała, by Lucy grał ktoś, komu autentycznie jakiekolwiek procesy myślowe odbijają się na twarzy. Kto jak kto, ale współczesna Marilyn Monroe pasuje tutaj jak pięść do nosa. Za to Morgan Freeman znów został obsadzony po warunkach (jak nie Bóg to profesor i tak w kółko). Poczciwe rysy i budzący zaufanie niski głos pozwolą mu do śmierci grać role męskich autorytetów i w sumie wypada się z tego cieszyć.

Lucy daje nam dynamiczną akcję i wspaniałe efekty specjalne. Lubię wracać nawet po latach do takich filmów, bo, chociaż lekko durnowate, to dają takiego pozytywnego powera. Z kina wychodzi się z wrażeniem rozszerzonej percepcji i przeświadczeniem, że ,,Mogę absolutnie wszystko”. Czasem naprawdę tylko tego chce się od filmu. Wolałabym tylko, żeby Luc Besson nie udawał, że zrozumiał istotę wszechrzeczy i może się ze mną podzielić wiedzą na temat sensu życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *