Podróż na sto stóp (The Hundred-Foot Journey)

Już się chyba zorientowaliście, że wprost uwielbiam kino kulinarne i sądzę, że każdy kto lubi i docenia dobre jedzenie, podziela moją sympatię. Jeśli też tropicie wątki gastronomiczne w filmach, nie możecie ominąć Podróży na sto stóp, która jest klasykiem motywu gotowania na ekranie. W kinie dostaniemy dokładnie to, czego zwykle mamy prawo się spodziewać po tego rodzaju produkcjach, czyli opowieść o doskonaleniu się kucharza obdarzonego wielkim talentem, sympatyczne wątki rodzinno-nostalgiczne i rozgrzewającą serce historię miłosną. Gdyby ten film był polski to wyobrażam sobie, że byłby o tym jak dwoje uczniów technikum gastronomicznego zakochuje się w sobie nad garem rosołu, który w smaku jest dokładnie taki, jaki dostawali w dzieciństwie od swoich mam. Taka właśnie jest Podróż na sto stóp, tyle że w wydaniu hindusko-francuskim.

Film wyreżyserowany przez twórcę Czekolady Lasse Hallströma i wyprodukowany przez Stevena Spielberga i Oprah Winfrey, raczej nie mógł być realistyczną opowieścią o radościach i trudach zawodu kucharza. Dostajemy piękną baśń, która, jak wszystkie inne filmowe (i nie tylko) baśnie, jest nieco schematyczna, nieco przesłodzona, ale urocza i pełna wdzięku, a do tego pokrzepiająca serce. Jest to historia hinduskiej rodziny, która przybywa do Europy i szuka tu idealnego miejsca do życia i gotowania. W wędrówce za nowym domem najbardziej liczy się dla nich smak warzyw, jakie rodzi dany region. Przez przypadek uroczy Hindusi lądują w uroczym francuskim miasteczku, gdzie smak płodów rolnych jest bezkonkurencyjny. Po posmakowaniu pierwszego kęsa chleba, ekscentryczny tatuś rodziny (Om Puri) decyduje się na zakup zrujnowanej restauracji. Starszy pan nie zniechęca się do zakupu, nawet gdy okazuje się, że naprzeciwko jego rudery znajduje się doskonale prosperująca francuska restauracja, posiadająca w dodatku gwiazdkę Michelina. Bardzo szybko otwiera lokal z pikantną i różnorodną kuchnią hinduską i, o dziwo, odnosi sukces. W podbiciu serc nowych klientów uparcie przeszkadza przybyszom szefowa stylowej restauracji, Madame Mallory (Helen Mirren). Starsza dama jest tak wyniosła, snobistyczna i zarozumiała, jak to potrafią chyba tylko zamożne Francuzki. Gdyby miała nos odrobinę wyżej, to nie wiedziałaby gdzie idzie, a gdyby usta miała mocniej zasznurowane, to przestałyby wprost istnieć. To jedna z tych osób, o której zwykle myślimy, że pochorowałaby się gdyby powiedziała komuś coś miłego. Nie wiem jak wy, ale ja bardzo lubię oglądać takie kobiety na ekranie i naprawdę mi przykro, gdy w finale zamieniają się w miłe, kapciowate kobietki.

Podróż na sto stóp

Młodsze pokolenie jest nieco mniej charakterne niż starsze, ale też bardzo urocze. Prawdę mówiąc nie dziwię się wcale, że stary ojciec nie obawiał się rozkręcania interesu w zupełnie obcym miejscu. Jego tajną bronią jest mega utalentowany syn Hassan (Manish Dayal), którego talent dorównuje urodzie (ten chłopak naprawdę wygrał w loterii genetycznej). Wszystko co wychodzi z jego rondli i patelni, jest dziełem sztuki kulinarnej, najpierw hinduskiej, potem francuskiej, a na koniec dzielny młodzian opanowuje nawet kuchnię molekularną. Pasja do dobrego jedzenia (a także do zbierania darów lasu) łączy go szybko z piękną Marguerite (Charlotte Le Bon), pracującą oczywiście u konkurencji.

Jedynym słabym punktem tej produkcji (jak już przymkniemy oko na całą przesłodzoną baśniowość) jest muzyka, która niepotrzebnie i wręcz agresywnie wprowadza nerwową lub podniosłą atmosferę. Obyłoby się bez tego. Reszta jest w porządku. Dostajemy tyle pięknych zdjęć jedzenia, wąchania przypraw i mieszania w garach, ile tylko można było zmieścić w dwugodzinnym filmie. Jak w każdym tego typu obrazie, podziwiamy nie tylko konkretny zawód (kuchmistrza), ale też uniwersalne, pełne pasji podejście do życia i perfekcyjnego realizowania swojego powołania.

Jakoś tak jest, że filmy gastronomiczne, których akcja toczy się we Francji, są bardziej słoneczne, nastrojowe i pokrzepiające niż wszelkie inne. To ma pewno dużo wspólnego ze zmysłowym sposobem wypowiadania słów przez Francuzów (i ludzi, którzy jak Helen Mirren Francuzów udają), ale też z sielankowym nastrojem budowanym przez stare budyneczki i piękną przyrodę. No i oczywiście wszyscy wiedzą, że francuska kuchnia jest najlepsza na świecie i tworzą ja ludzie, dla których posiadanie klasy jest ja druga religia. Jakbym bardzo chciała się przyczepić, to napisałabym jeszcze coś o strasznym nochalu tatusia (brązowy kalafior na tworzy), czy o twarzy Helen Mirren, która też ulegała modzie na inwazyjne zabiegi upiększające. Odpuszczę jednak i napisze tylko, że Podróż na sto stóp to film nie tylko ciepły i pokrzepiający, ale też bardzo zabawny. Starsze panie w kinie rechotały co chwilę, a to najlepsza zachęta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *