Yves Saint Laurent

Ten film to kolejne wielkie rozczarowanie, chyba największe w tym sezonie, bo naprawdę się naczekałam i miałam spore nadzieje. Paradoksalnie moje czekanie zaowocowało tym, że podczas seansu nie mogłam się doczekać końca. Naprawdę jest aż tak źle. Jeśli ktoś nie zna dokładnie historii mody oraz nie zaznajomił się wcześniej ze szczegółami biografii francuskiego projektanta, może mieć prawdziwe trudności ze zorientowaniem się w treści ekranowych migawek.

Miało być chyba oryginalnie, bo poznajemy Yves Saint Laurena (Pierre Niney) oczami jego wieloletniego partnera Pierre’a Berge (Guillaume Gallienne). Wspomnienia kochanka i partnera biznesowego projektanta suto okraszają poszczególne sceny, które w sposób łopatologiczny symbolizują kolejne fazy twórczości geniusza od sukienek koktajlowych i damskich smokingów. Widzimy najpierw nieśmiałego chłopca, który nieoczekiwanie dostał się na sam modowy szczyt, zostając głównym projektantem u Diora. Następnie przechodzimy przez fazę wojennych wątpliwości, załamania psychicznego i zakładania własnego domu mody YSL. Jest też faza fascynacji Wschodem, poszukiwania muz wśród modelek, oraz faza imprezowa. Ta ostatnia jest szczególnie barwna. Saint Laurent odurzony narkotykami i/lub alkoholem, zdradza biednego Pierre’a, ale ten na szczęście za każdym razem przyjmuje go z powrotem (cóż, wspólna kolekcja sztuki i firma przynosząca miliony to jednak bardzo wiążące zobowiązanie).

Moim skromnym zdaniem największą wadą tego filmu jest to, co zapewne miało być jego największą zaletą, czyli kreacja aktorska Pierre’a Niney. Młody francuski aktor tak bardzo upodobniło się w mowie i geście do zmarłego projektanta, że jest to wręcz śmieszne, a nawet groteskowe. Mówienie półszeptem i w wysokiej tonacji odpowiedniej raczej dla małej dziewczynki, czy też nie schodzący mu z twarzy lubieżny uśmieszek, jakby żywcem wzięty ze stereotypowego wyobrażenia księdza pedofila, to tylko kilka atrakcji jakie was czekają w tym filmie. Podejrzewam, że miał wyjść kolejny artystyczny hołd dla człowieka, który był co prawda momentami nieznośny, ale jego geniusz na zawsze zostanie w naszej pamięci (no może nie w mojej, ale w pamięci szafiarek i fashionistek na pewno). Tymczasem przez to co wyrabia na ekranie Niney, dostajemy właściwie portret tyrana albo demona, który z bazyliszkowatym uśmieszkiem manipuluje ludźmi, wiecznie imprezuje i eksperymentuje z używkami. No dajcie spokój! Facet szył damskie fatałaszki i na golasa reklamował swoją markę, a tutaj pokazują go jakby był jakimś doktorem Faustusem co najmniej, cierpiącym dla geniuszu.

Zupełnie nie do przyswojenia jest dla mnie także forma, w jaką ujęto tę homoerotyczną historię miłosną. Panowie chyba zasłużyli na coś lepszego niż schematyczny, niedbale pocięty i chaotyczny długi klip. Pojedyncze frazy rzucane przez Saint Laurena i komentarze jego ukochanego, sprawiają wrażenie jakby były tylko pretekstem do pokazania serii pokazów mody i ostrych imprez, tudzież estetycznym momentów przełomowych. Sorry, ale nie każdy się domyśli o którą z kolei rewolucję modową chodzi i czemu to w ogóle były takie ważne. Jakieś tło do tych ścinków tkaniny i muzyki by się przydało.

Może wyszłoby ładniej i staranniej gdyby Jalil Lespert wybrał do przedstawienia nieco krótszy odcinek czasu. Może kilka lat z życia Saint Laurenta, ale za to dokładniej opracowanych i wyeksponowanych by wystarczyło. Choć nie było to łatwe, z filmu wyciągnęłam jednak wątły przekaz, że zarówno projektant, jak i partnerujący mu prawie przez całe życie utalentowany biznesmen, byli postaciami wybitnymi, które warto by lepiej poznać. Dociera to nawet do takiej ignorantki jak ja, która pół życia spędza w dresie, a drugie pół w piżamie. Bardzo podobał mi się pod tym względem na przykład film o Coco Chanel z Audrey Tautou. Dali tylko młodość, kilka zgrabnych nawiązań do twórczości projektantki oraz sprawnie zarysowane tło historyczne i naprawdę dało się to oglądać (sama obejrzałam go chyba ze 20 razy, choć to żadne arcydzieło). O Yves Saint Laurencie nie da się tego powiedzieć; nawet jednorazowe przebrnięcie przez ten film było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Ani cały chłopięcy urok Pierre’a Niney’a, ani tym bardziej stosy ładnych sukienek z kokardami, nie są w stanie uratować tej fabuły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *