Pęknięcia (Cracks)

Jeśli szukacie idealnego filmu na ciepły letni wieczór, a do tego lubicie dziewczyńskie klimaty, to Pęknięcia na pewno wam się spodobają. Film jest sprzed pięciu lat i ma sporo wad, ale główną rolę gra tu piękna Eva Green, którą warto jest zobaczyć. Po jej rewelacyjnej kreacji w serialu Penny Dreadful zapewne wzrosła drastycznie liczba jej fanów i mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nich obejrzą także tę produkcję. Pęknięcia to bardzo zmysłowe połączenie Ani z Zielonego Wzgórza z lesbijskim dramatem psychologicznym. Ciekawa mieszanka.

Akcja filmu rozgrywa się w amerykańskiej szkole dla dziewcząt z dobrych (w sensie zamożnych) domów. Mamy lata trzydzieste minionego wieku, więc zasady obowiązujące w klasach i internacie są raczej surowe. Nauczycielki są sztywne, podstarzałe i o niezachwianych zasadach moralnych. Uczennice to w większości niewinne, głupiutkie trzpiotki, nieśmiało plotkujące o swych pierwszych zauroczeniach. Są oczywiście też wyjątki, do których należy jedna z nauczycielek, nazywana Panną G (Eva Green), oraz gromadka nastolatek należąca do jej drużyny. Panna G jest nauczycielką gimnastyki, specjalizującą się w treningu skoków do wody. Jej podopieczne są nią totalnie zafascynowane i gotowe na wszystko by zdobyć choć jedną pochwałę z jej ust. Dziewczynom przewodzi niejaka Di Radfield (Juno Temple), wyraźnie faworyzowana przez nauczycielkę. Niestety wraz z przybyciem hiszpańskiej arystokratki Fiammy (Maria Valverde) dni jej chwały mijają i biedna Di kisi się w zgryzocie i nienawiści, wymyślając kolejne sposoby na powrót do łask charyzmatycznej wuefistki (te to miały fajnie, w moich szkołach przeważały starsze panie w kreszowych dresach oraz panowie o czerwonych nosach i bełkotliwej wymowie).

Wszystko dzieje się w czasie wiosenno-letnim, dzięki czemu każde ujęcie przesycone jest słoneczną i jednocześnie dziwną atmosferą, co ładnie współgra z urodą i stylem bycia dojrzewających dziewcząt. Po dokładniejszym przyjrzeniu się ich sytuacji, można dojść do paru smutnych wniosków, na przykład do tego, że są w szkole z internatem, ponieważ rodziny ich nie chciały, że kochają się w nauczycielce, ponieważ męskich obiektów zainteresowania brak, a także, że niezręczne skoki na beczkę do wody są najciekawszym punktem ich monotonnej egzystencji w tej smutnej instytucji. To, co robią sobie nawzajem (w sensie psychicznym oczywiście) nastolatki, może niektórych szokować, ale w sumie nie ma tu niczego, czego każda dziewczynka nie przeżyłaby na własnej skórze. Wszak nawet w polskich szkołach walka o pierwszeństwo w stadzie, połączona z agresją werbalną i fizyczną, nie jest rzadkością. Chłopcy wcale nie mają monopolu na bójki, a dziewczynki dodają do tego jeszcze talent do intryg i zmysł praktyczny.

Dzieciaki są tu jednak na dalszym planie. To co naprawdę przyciąga uwagę widza, to tajemnicza, ekscentryczna i ,,uszkodzona” Panna G. Od razu zaznaczę, że Eva Green gra tu tak samo, jak w każdej innej roli chyba po prostu siebie. Widzieliśmy te miny i słyszeliśmy ten ton wiele razy, co wcale nie oznacza, że nie możemy popatrzeć i posłuchać jeszcze raz. Panna G wkupuje się w łaski uczennic, pozwalając im na małe grzeszki i kryjąc je przed starszymi i bardziej zasadniczymi nauczycielkami. Do tego jest piękna, stylowa i z przejęciem opowiada o swych licznych zagranicznych podróżach. To życiowe doświadczenie i zamiłowanie do egzotyki pociąga ją w Fiammie, w której widzi bratnią duszę. Oczywiście, na końcu okazuje się, że nic nie jest takie jak się wydawało nastolatkom o ptasich móżdżkach.

Fabuła filmu jest bardzo prosta i w sumie typowa, a większość kwestii padających z ust bohaterek to banały. Bardzo zdziwić możną się także tym, że Eva Green, grająca instruktorkę skoków do wody, sama nigdy nie skacze, ale w sumie ma to swój głębszy sens. Pęknięcia ogląda się dla pięknych zdjęć i atmosfery jak z Pikniku pod Wiszącą Skałą. Można sobie powzdychać z nostalgią, że kiedyś to suknie i kostiumy były piękniejsze, kobiety bardziej rasowe, i nawet dziewczęta przedwojenne jakieś takie bardziej dziewczęce niż te współczesne szkolne agresory w za ciasnych jeansach z za mocnym makijażem. Najbardziej jednak spodobało mi się to, że nastolatki nie zostały przedstawione zbyt ładnie, cukierkowo. To zdecydowanie jeszcze larwy, a nie motyle. Są poczochrane, niezgrabne i prawie wszystkie dosyć tęgie. Nic dziwnego, że na ich tle wyrazista i drapieżna kobiecość Panny G prezentuje się aż tak korzystnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *