Wszystko o książkach, czyli moje tanie czytanie i skuteczne się książek pozbywanie

W tym tekście przeczytacie o tym, jak można kochać książki bez poświęcania im coraz większej przestrzeni w domu i bez wydawania na nie ogromnych sum pieniędzy. Będzie to prosty wpis minimalistki, której udała się transformacja z osoby chomikującej każdy skrawek papieru i tłoczącej się wśród zakurzonych regałów, w kogoś, kto ma na stałe tylko kilkanaście tomów i to prowadząc książkowego bloga. Nie było łatwo, ale się udało. Może spodobają się wam też moje porady dotyczące tego, jak nie bankrutując przy tym, cieszyć się książkowymi nowościami.

Blog

Każdy mol książkowy powinien rozważyć założenie bloga, szczególnie jeśli zależy mu na dzieleniu się z innymi swoją pasją. Dzięki regularnemu publikowaniu swoich przemyśleń na temat powieści, poradników i innych literackich dzieł, mogę cieszyć się tomami przysyłanymi z kilku bardzo uprzejmych wydawnictw i w ten sposób ja dostaję nowości, które i tak bym nabyła, a książka ma pewną formę promocji. Każdy na tym wygrywa. Kluczem do tego rodzaju współpracy jest uważne wybieranie pozycji (bo nikt nie chce się męczyć z książką na przykład na zupełnie obcy mu, czy nudny temat) oraz sumienność w wywiązywaniu się z czytelniczych i blogerskich obowiązków (odkładanie książki na stosik i robienie zdjęć na Instagrama to zdecydowanie za mało).

Biblioteka

Jeśli nie chcemy zbankrutować, kupując kilkanaście książek w miesiącu, a do tego zależy nam na jak najmniejszej liczbie książek na półkach (mnie zależy), to biblioteka jest oczywistym wyborem. To staromodny, ale bardzo ekonomiczny, ekologiczny i minimalistyczny sposób pozyskiwania lektur, o którym wielu ludzi zapomina, kończąc szkołę. Osobiście uwielbiam sieć szczecińskich bibliotek miejskich, w których nowości pojawiają się bardzo szybko. Pamiętajcie, że nawet jeśli książka jest nie od razu dostępna, to można zapisać się na listę oczekujących. Podoba mi się też, że przez Internet mogę sprawdzić, w której filii jest dana pozycja i od razu możliwe jest jej zamówienie. No i nie zapominajmy o opcji przedłużania:) Jak dla mnie biblioteka to same plusy, ale wiem, że tego czytelniczego rozwiązania nie lubią zapominalscy i leniwi, którym nigdy nie udaje się oddać tomu na czas i nie zapłacić kary. No i są jeszcze jednostki pedantyczne (obcy mi gatunek) nie lubiący mieć do czynienia z przedmiotem, który dotykał ktoś inny. Cóż, mnie nie przeszkadzają takie ,,niehigieniczne” doświadczenia. Powiedziałabym nawet, że im książka bardziej zużyta, tym przyjemniej mieć ją w ręku :)

 

Legimi

Tę opcję dopiero odkryłam przy okazji cotygodniowej wizyty w bibliotece. Dzięki niej powstał wczorajszy wpis na temat Elegii dla bidoków, czyli pierwszej książki przeczytanej przeze mnie w tej aplikacji do e-booków. To opcja dla tych, którzy nie mogą doczekać się absolutnych nowości, które w bibliotecznym systemie powiązanym z Legimi są dostępne niemal od razu po pojawieniu się książek na księgarskich półkach. Wystarczy tylko iść do biblioteki i poprosić o specjalny kod, który potem jest ważny przez miesiąc, i już można się delektować lekturą najnowszych bestsellerów. Minusy tego wyjścia są dwa: po pierwsze, limit stron dostępnych w miesiącu dla czytelników jednej biblioteki jest ograniczony, a po drugie, czytnik Kindle nie obsługuje tego formatu, więc można albo kupić czytnik lub tablet z Androidem, albo, jak ja, przeczytać na komórce.

Kindle

Czytnik e-booków to absolutny minimalistyczny hit, bo oszczędza mnóstwo miejsca na półkach. Do tego ekran przyjemnie naśladuje papier i nie męczy wzroku. To także świetna opcja dla czytelników, którzy chcą oszczędzić, gdyż e-booki są znacznie tańsze od tradycyjnych papierowych wydań. No i nie potrzeba na taką książkę żadnego drzewa. Z tych względów czytam na Kindlu coraz więcej. Doceniam go zwłaszcza po wakacyjnej akcji pozbywania się zbędnych książek, co było niestety nieco męczące. No i pamiętajmy o tym, że czytnik jest lżejszy niż większość powieści, co na przykład teraz cieszy mnie bardzo, gdyż czytam właśnie szósty tom Mojej walki Knausgarda, który ma ponad tysiąc stron. W papierze byłoby to z półtora kilo, a e-book niemal nic nie waży.

Audiobooki

Dzięki audiobookom oszczędzamy nie tylko czas, ale i pieniądze. Są tańsze niż wersje papierowe, możemy ich słuchać robiąc też inne rzeczy (ja zwykle słucham podczas gotowania i pieczenia, ale też jadąc samochodem czy nawet spacerując po parku), a do tego dochodzi dodatkowa wartość estetyczna w postaci głosu znakomitego lektora. Nie wiem jak inni, ale ja uważam, że czas spędzony z audiobookiem to prawdziwy luksus, przyjemność, na która czekam z utęsknieniem. No i, podobnie jak w przypadku e-booków, takie wydanie nie zajmuje miejsca, nie trzeba się martwic sprzedawaniem czy oddawaniem takiej książki, no i nie wymaga poświęcania drzew.

A gdy już uznam, że mam za dużo książek…

No cóż, wtedy przychodzi czas na naprawdę ciężką prace fizyczną, bo jednak przekładanie książek do najlżejszych zajęć nie należy. Co cenniejsze, czy nowsze okazy lądują na internetowych aukcjach (to tam trafia sporo nietrafionych zakupów z przeszłości, przeczytane raz książki, do których wiem, że nie wrócę, a także tomy, których nie chce się pozbywać osobiście ktoś z mojej rodziny lub znajomych). Kiedyś nienawidziłam czynności wystawiania książek, ale wszystko się zmieniło, gdy mąż pokazał mi jak to robić szybciej przy pomocy aplikacji w telefonie. Teraz bardzo lubię to robić, a jeszcze większą przyjemność sprawia mi pakowanie przesyłek i naklejanie etykiet :)

No, ale nie wszystkie książki nadają się na sprzedaż. Te, których nie opłaca się wystawiać (bo na przykład chodzą po mniej niż 10 zł) zanosimy do naszej lokalnej biblioteki, gdzie jest kącik, w którym czytelnicy wymieniają się lekturami. Czasem jednak zdarza się tak, że nawet tam nie chcą naszej makulatury, bo niechodliwa, stara lub już jest coś takiego w bibliotece na stanie, i wtedy radzę skierować swe kroki do Ekoportu. Niedaleko nas jest właśnie takie miejsce, w którym oprócz elektrośmieci czy starych mebli, można zostawiać też książki. W przeznaczonym na to kontenerze, stoją schludnie ułożone tomy, czekające na nowego właściciela, który niemal za darmo, może wybrać sobie ciekawą lekturę.

Na koniec dodam jeszcze tylko, że zanim trafiliśmy na Ekoport, sporo załadowanych w kartony książek i innych szpargałów, trafiło do miłych starszych państwa z pobliskiego pchlego targu i też jestem pewna, że znalazły już nowy dom. Zawsze to lepsze wyjście niż kosz na makulaturę, ale i na niego czasem przychodzi czas, gdy poniszczonych wydań z pulpy nikt już nie chce. To ostateczny krok, ale książki to tylko rzeczy (choć lata zajęło mi zrozumienie tego) i nie ma co się umęczać ich niepotrzebnym gromadzeniem w domu. Każdy, kto przeprowadzał się tyle razy co ja, z pewnością zrozumie moje minimalistyczne spojrzenie na tę sprawę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *