Still Alice

Still Alice to oszczędna w wyrazie, stonowana opowieść o kobiecie, której ciężka choroba zabiera to co dla niej najcenniejsze, czyli jej umysł. Od początku dostrzegamy ogromną ironie losu polegającą na tym, że dr Alice Howland (Julianne Moore), odnosząca sukcesy profesor lingwistyki, zostaje zaatakowana akurat przez chorobę Alzheimera. Nie ma dla niej większego koszmaru niż powolne zapadanie się i błądzenie w meandrach, do niedawna tak jeszcze doskonale uporządkowanego, umysłu. Patrzymy jak rozpada się Alice, ale też jak rozkładowi ulega jej perfekcyjna rodzina, w której są tylko dobrze wykształceni oraz charakterni i pewni siebie profesjonaliści.

Przebudzenie z pięknego snu

Dotychczasowe życie Alice Howland od razu wydało mi się zbyt perfekcyjne by mogło być prawdziwe. Na pięćdziesiątych urodzinach uroczej pani doktor poznajemy jej przystojnego męża Johna (Alec Baldwin), który jest cenionym lekarzem, oraz dwójkę z trójki udanych dzieci. Inteligentna konwersacja i silne więzi rodzinne pięknych, bogatych i mądrych ludzi. No jest jeszcze najmłodsza córka Lydia (Kristen Stewart), która trochę nie pasuje do obrazka, bo postanowiła zostać aktorką, a nie, jak Bóg przykazał, lekarką czy prawniczką. Ogólnie jednak jest sielanka. Alice ma spełnione, bogate życie, kocha swoją pracę i rodzinę, a my mamy sporą przyjemność z patrzenia na to wszystko. Gdy po kilku incydentach z zapominaniem podstawowych rzeczy i badaniach u neurologa, padła diagnoza Alzheimer, było mi autentycznie przykro.

Zaczyna się niewinnie, od zapominania pojedynczych słów, ale tempo rozwoju choroby jest tak duże, że praktycznie z każdym tygodniem kobieta traci którąś ze swych wysoko cenionych umiejętności (logiczne myślenie, bogate słownictwo, perfekcyjna dykcja, doświadczenia życiowe).

Julianne Moore

Ten film jest jednym z tych obrazów, które poza funkcją estetyczną, mają także i dydaktyczną. Otrzymujemy przyspieszony kurs tego jak rozwija się Alzheimer i jak nie postępować z chorymi na niego osobami.

Bardzo dojrzałe podejście

Postać Alice została nakreślona tak, by nie wzbudzać w nas łatwego współczucia czy litości. Choć temat jest ciężki, raczej nie zakręci wam się łezka w oku. Prawdopodobnie za sprawą swego logicznego, naukowego podejścia do życia, dr Howland podchodzi do sprawy rzeczowo, z determinacjom by do końca zachować godność w pogarszającym się stanie. Bardzo podoba mi się to, że nie rozczula się nad sobą, a momentami jest dla siebie wręcz zbyt szorstka i wymagająca. Nie ma się jednak czemu dziwić, bo taka była przez całe życie.

Ujęło mnie bardzo także to, że wyjątkowo nie oszczędza się rodziny i obnaża się hipokryzję domowego ciepełka. Wbrew temu, co sądziła Alice przed pojawieniem się cięższych objawów choroby, Alzheimer zabrał jej nie tylko to, czego się obawiała, ale też to, czego była pewna, że utracić nie może, czyli więzi. Nagle się okazuje, że ani miłość męża, ani dzieci, nie są bezwarunkowa.

Oglądając ten film ciągle myślałam, że w sumie dobrze, że Alice najpierw traci zdolności umysłowe a nie fizyczne, bo gdyby było na odwrót, byłaby pewno zdruzgotana swą klęską jako matka i żona. I nagle człowiek zaczyna wątpić, czy nim by się ktoś zajął, gdyby dopadła go ciężka choroba. Skoro nawet piękni i bogaci mają z tym problem, to co dopiero zwykli ludzie.

Dojrzałość tego obrazu prześwieca też w każdym słowie, które Alice wymienia z córką Lydią. Lidka jest niby najmniej udana z całego stadka, a jednak ma inteligencję emocjonalną, która silniej niż innych wiąże ją z matką. Efekt byłby jeszcze lepszy, gdyby tę zbuntowaną młodą kobietę zagrała jakaś naprawdę dobra aktorka, a nie Stewart.

Kristen Stewart i Julianne Moore
Kristen Stewart i Julianne Moore

More Julianne Moore

Julianne Moore należy to tych wybranek losu wśród aktorek, które z wiekiem są coraz bardziej doceniane. Posiadaczka porcelanowej (nie zmasakrowanej botoksem) cery, uroczych piegów i burzy rudych włosów, nie może raczej narzekać na brak ofert. Still Alice jest jej niemal solowym popisem. Ciągle widzimy długie zbliżenia na jej powściągliwą, a jednak potrafiącą wyrazić wszystko mimikę twarzy. Aktorka pokazuje przemianę swej postaci w prosty i oszczędny, lecz przy tym dosadny sposób. Na początku, gdy Alice jest sobą, cała jej powierzchowność (tak jak reszta życia) jest spięta, wyczesana i pedantycznie uporządkowana. Wraz z postępem choroby, wszystko się sypie, włos rozwiewa, makijaż rozpływa, a zmarszczki wyłażą na światło dzienne. Cały czas jednak chce się na nią patrzeć. Widać, że aktorka doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda i że panuje nad każdym najdrobniejszym drgnieniem mięśni. A przy tym to naprawdę piękna kobieta, której z wiekiem przybywa surowego uroku.

Przy znakomitej Moore i heroicznej postawie jej postaci, partnerująca jej Kristen Stewart gdzieś ginie i w sumie dobrze. Bardziej bym się przejęła dylematami kochającej córki, gdyby nie miała cały czas naburmuszonej miny (w filmie z Juliette Binoche to samo) i rozdziawionych ust. Jest jakaś zagubione i zdekoncentrowana, a to przecież nie jej umysł zanika tylko matki. I czy to tylko moje wrażenia, czy ona rzeczywiście w każdym filmie jest nieświeża, poczochrana i niewyspana? Może się czepiam, ale bez niej byłby to jeszcze lepszy film.

3 thoughts on “Still Alice

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *