O czym nie napisałam w ostatnich miesiącach

Niektórym może się to wydać dość zaskakujące, ale ja naprawdę czytam i oglądam więcej niż potem trafia w tekstach na bloga. To już mój szósty rok blogowania i dopiero ostatnio nauczyłam się, że nie ma co się zmuszać do pisania absolutnie o wszystkim na czym zawiesiłam wzrok (lub słuch). Powody, dla których nie mogłam się zmusić do napisania choćby krótkiej notki o filmie, serialu, książce czy audiobooku są bardzo różne, ale za każdym razem sprowadzają się do bariery psychicznej nie do pokonania. Pomyślałam jednak, że może innych (nie tylko blogerów) zainteresuje to, co nie trafiło na pierwszą stronę Szczerych Recenzji.

Zatem ostatnio nie pisałam o:

Wonder Woman – ponieważ nikczemnie wprowadzono mnie w błąd twierdzeniem, że oto najlepsza od lat udana ekranizacja od DC. Oglądanie tego filmu to była nuda i męka, której lepiej żebyście nie poczuli pośrednio przez mój tekst. Diana (Gal Gadot), niby silna i niezależna, to jakaś naiwna dziewczynka, we wszystkim zdana na swego przewodnika pilota (Chris Pine). Jedynymi kobietami w prawdziwym świecie oprócz niej są: złowieszcza szalona naukowczyni i grubiutka, wesolutka sekretarka. Całą reszta to faceci. Też mi równouprawnienie! Do tego kpiny z mitologii i bezbrzeżna nuda. Nie polecam.

Historia pszczół Mai Lunde – bo to taka spłaszczona, nudniejsza, niepotrzebnie udziwniona wersja filmu dokumentalnego Więcej niż miód (More Than Honey) Markusa Imhoofa. Czytając, nie mogłam uwierzyć, że tę wątlutką fabułę okrzyknięto wielkim odkryciem, hitem, bestsellerem i nie wiadomo czym jeszcze. Nie ma się czym zachwycać, ani o czym pisać.

Five, czyli Nasza piątka – ta francuska komedia to dowód na to, że nie powinno się naśladować amerykańskiej kultury popularnej. Opowieść o piątce dobrych przyjaciół zamieszkujących razem to żenujące chała jakich mało. Zasiadłam do oglądania ze względu na udział Pierre’a Niney, który niedawno był tak dobry we Frantzu, ale szybko tego pożałowałam. Grube żarty o tematyce erotycznej lub fekalnej, zaprawione narkotycznymi oparami, to nie to z czym nam się kojarzą dobre francuskie komedie.

Obcy: Przymierze – bo czułam się zawiedziona i nabita w butelkę. Po Prometeuszu i zapowiedziach Przymierza spodziewałam się opowieści o ciekawej obcej cywilizacji, a dostałam film o istocie człowieczeństwa i sztucznej inteligencji. Sami obcy są tu pobocznymi rekwizytami, akcja tocząca się głównie w jaskini, sugeruje, że chciano przyoszczędzić lub, że pomysłów zabrakło, a sam Fassbender nie jest aż tak ciekawym aktorem (wbrew temu co myśli reszta świata) by oglądać go tak długo w podwójnej roli.

Life – kolejny film o kosmosie i obcych, będący totalnym rozczarowaniem. Bardzo mocna obsada (Ryan Reynolds, Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson, Hiroyuki Sanada), a fabuła wątlutka i grubymi nićmi szyta. Postaci zarysowane są tak schematycznie i tak grubą krechą, że w sumie nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia nawet kolejne zgony powodowane przez obcą formę życia o imieniu Calvin. Mimo ciekawej ewolucji tego stworzenia i intrygującego zakończenia, nie warto Życia oglądać. To wygląda nie jak efekt końcowy, ale jakiś szkic do filmu i tyle.

McImperium – gdyby to był film o jakiejkolwiek innej firmie, byłby jednym z moich ulubionych. Podobała mi się kreacja Michaela Keatona, który jako zdeterminowany Ray Kroc pnie się na szczyt po plecach braci McDonaldów. Samo pokazanie jak rodzi się pomysł na wielki biznes, te standardy i taśmociąg oraz cena, jaką trzeba za to zapłacić, robią wrażenie. No i to kawał amerykańskiej i globalnej historii. Niestety brak tu tego, co najważniejsze, czyli pokazania jaki wpływ mają sieciowe restauracje na ekologię, przyszłość całej planety i przede wszystkim nasze zdrowie. Za dużo emocji się we mnie kotłuje by pisać dłużej o tym, co zapoczątkowała ambicja jednego przedsiębiorczego geniusza.

Głód Martina Caparrosa – nie byłam w stanie o nim napisać, bo tak poważnymi tematami jak głód na świecie nie powinna się zajmować tak niepoważna osoba jak ja. Przygniótł mnie ogrom nieszczęścia opisywany w tej książce, z którego każdy syty przedstawiciel zachodniej cywilizacji powinien zdawać sobie sprawę. Nie pisałam też dlatego, że jestem porażona podejściem autora, który wie, że w obliczu tego, co widział, logicznym wyborem byłby wegetarianizm, a jednak nie może przestać jeść mięsa, bo, jak twierdzi, wychował się w Argentynie, gdzie kochają steki. Brak słów.

Zagubieni – wspaniała czeska komedia z wielką niespodzianką w połowie. Bardzo komiczny obraz mówiący dużo o tym, co Czesi myślą o sobie samych. Nie pisałam o tym filmie, który bardzo umilił mi czas spędzony ostatnio w Karlowych Warach, bo uznałam, że już nie najnowszy, a poza tym nie każdy musi wczuwać się tak bardzo jak ja w czeskie klimaty. Jest to jednak część najlepszych kuracjuszowych wakacji jakie miałam, stąd ta skromna notka.

Audiobooki z powieściami Stephena Kinga – ponieważ są to powieści, które już wszyscy dobrze znają, a ja jestem ostatnią osobą, która zrozumiała, że King jest naprawdę ciekawym pisarzem, mającym intrygujące obserwacje na temat amerykańskiej kultury i zaświatów. Gdyby nie płynące z głośników Przebudzenie, Misery, Doktor Sen czy Cmętarz zwieżąt, długie podróże samochodem, jakie ostatnie odbywam, byłby prawdziwą katorgą. Pisanie o nich nie ma sensu także z tego względu, że są tak długie i złożone, tak bogate w liczne wątki, że nie nadają się na temat z definicji dość krótkich wpisów blogowych.

I to tyle. Nie wiem czy pisanie o tym, o czym się nie pisze ma sens, ale jest to na pewno sposób na nieco inne pokazanie tego, jak można przyswajać kulturę wysoką lub trochę niższą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *