Krocząc wśród cieni

Czy tylko ja mam wrażenie, że każdy film z Liamem Neesonem jest taki sam? W każdej produkcji podstarzały ponurak próbuje się uporać z mroczną przeszłością i uratować jakąś ofiarę (najczęściej płci żeńskiej) ze śmiertelnych tarapatów. No ileż można!? Czy jemu się nie nudzi? Oglądając Krocząc wśród cieni myślałam sobie, że ten film jest tak słaby, iż do zagrania w nim zachęciły Neesona jedynie pieniądze lub ewentualnie to, że zdjęcia trwały nie dłużej niż tydzień. Efektem połączenia w jednym filmie aktora, który grał już to tysiąc razy, wątków kryminalnych, które są już do bólu ograne oraz klimatu mrocznego i deszczowego miasta jest to, że dostajemy obraz, który jest za długi, za nudny i całkowicie przewidywalny.

Powtórka z rozrywki

Fabuła nie jest tu skomplikowana i można odnieść wrażenie, że ktoś przepisał całe sceny z licznych kasowych kryminałów z ostatniej dekady. Mamy oto byłego policjanta Matta Scuddera (Liam Neeson), który osiem lat wcześniej musiał zrezygnować ze służby, ponieważ zachciało mu się ścigać przestępców po pijaku, co dobrze się nie skończyło. Nie ma więc pracy, nie ma rodziny, a jedyne co ma to niegasnący talent do rozwiązywania kryminalnych zagadek. Realizuje go pracując jako prywatny detektyw, oczywiście nielicencjonowany. Natomiast nałóg alkoholowy, który niefortunnie odbił się na jego życiu i karierze, udało mu się skutecznie poskromić dzięki spotkaniom w AA i programowi dwunastu kroków. Niestety ten spokojny żywot zakłóca pewien nietypowy klient. Do Scuddera zgłasza się handlarz narkotyków, któremu dzień wcześniej porwano żonę. Nic nie pomogło opłacenie wielkiego okupu, facet i tak znalazł ukochaną poćwiartowaną w woreczkach (niczym udka kurczaka w dyskoncie) i umieszczoną w bagażniku porzuconego samochodu. Podczas swojego śledztwa Scudder odkrywa powiązania zbrodni z innymi masakrami kobiet związanych z dilerami narkotyków. Przy tej sprawie były policjant będzie musiał użyć całego swego doświadczenia i sprytu, by pochwycić psychopatycznych i przebiegłych zbrodniarzy.

Liam Neeson
Liam Neeson

Taki twardy męski typ

Przyznam, że nie należę do fanek Liama Neesona. Zawsze wydawał mi się taki suchy i bez wyrazu, no i gra ciągle tych samych facetów (poza oczywiście Listą Schindlera). Aktor obdarzony jest przy tym dziwaczną twarzą (te wypukłe łuki brwiowe, dziwny nos i cofnięty podbródek) i nie rozumiem zupełnie jak ktoś może uważać go za przystojnego. Przez niezmienny repertuar kojarzy mi się wyłącznie z rolami tatuśków lub kapciowatych mężów, którzy w ostateczności nie wahają się narazić życia dla niewinnych ofiar. Tym razem jest tak samo. Nie wiadomo czy jego bohater jest tak zmęczony życiem czy raczej oschły i nieczuły. Scudder niczego się nie boi (no może poza powrotem do nałogu alkoholowego), co wypada zupełnie niewiarygodnie w starciu z przestępcami. No zero emocji. Jedynym, co mogło zyskać dla niego moją sympatię, był zabieg wprowadzenia chorego bezdomnego chłopca, który asystuje mu przy śledztwie. Nie ma chyba innego równie sprawdzonego ocieplacza wizerunku niż wątek małego słodziaka, przy którym najtwardszy typ zaczyna się emocjonalnie otwierać. Niestety, nawet to się nie udało. Chłopiec przedstawiający się jako TJ (Astro) jest irytującym, głupio mądrym szczylem, a jego rozmowy z detektywem mogą tylko zirytować i tak już zirytowanych nudą filmu widzów.

Film jak słaby serial

Zamiast wybierać się na Krocząc wśród cieni, radzę zapuścić sobie w domu kilka odcinków The Killing. Dostaniecie to samo tylko w lepszej wersji. Glina z nałogami, rozwalone życie osobiste, szaleni przestępcy czy zwłoki zapakowane w pływające po stawie foliałki – to już nie robi takiego wrażenia jak w erze przed wielkimi kryminalnymi serialami czy wybuchem popularności skandynawskich powieści, które o lata świetne wyprzedzają kino. Takie filmy jak omawiany tak bardzo rozczarowują widzów, ponieważ często przypominają słaby odcinek drugorzędnego serialu z późnych lat 90-tych. Rozumiem, że akcja może się wtedy rozgrywać, ale środki za pomocą których jest ukazywana historia powinny być jak na mój gust bardziej współczesne. Tymczasem tutaj wszystko toczy się po staremu, zniszczony życiem detektyw odhacza kolejne przystanki na drodze do rozwiązania zagadki, a wszystkim postaciom brakuje wiarygodnej psychologii, przez co można odnieść wrażenie, że to tylko pacynki bez charakteru, a nie prawdziwi ludzie próbujący ogarnąć swoje emocja w obliczu nieludzkiej zbrodni.

4 thoughts on “Krocząc wśród cieni

  • Październik 8, 2014 at 12:44 pm
    Permalink

    Ciekawa recenzja. Ja akurat lubię Liamia Neesona, nie przeszkadza mi jego nietypowa uroda. Ale zgadzam się z tym, że od dłuższego czasu gra w bardzo podobnych filmach, przez co jego role zlewają się ze sobą. Na pewno te filmy nie należą do bardzo ambitnych, ale można je obejrzeć. Dla mnie Neeson jest mimo wszystko gwarancją, że film będzie trzymał przynajmniej znośny poziom, nie spodziewam się po nim ani totalnej klapy ani rewelacyjnego seansu. Ale patrząc na wspomnianą „Listę Schindlera” trochę szkoda, że aktor dał się tak zaszufladkować. A filmu, o którym piszesz jeszcze nie widziałam, pewnie kiedyś skusze się z nudów.
    Pozdrawiam;-)

    Reply
  • Październik 10, 2014 at 12:10 pm
    Permalink

    Widać po Uprowadzonej nie ma nikt pomysłu na obsadzenie Liamia Neesona w innej roli. Zawsze to musi być ten wybawca, koleś niczym Rambo w garniturze (w tym przypadku ciemnej koszuli).
    No cóż widziałem zajawki ale po recenzji uświadomiłem sobie że jednak wybiorę do kina ale na inny film. Pozdrawiam.

    Reply
  • Październik 14, 2014 at 7:16 pm
    Permalink

    W samo sedno. Wczoraj oglądałam „Krocząc wśród cieni” i kiedy w drodze do kina wybieraliśmy film, oponowałam, używając argumentu o takosamości Liama Neesona. „Uprowadzona”, jej sequel, „Tożsamość” – jeśli spojrzeć na postać głównego bohatera, są to odcinki tego samego serialu.
    Wybór nasz padł na „Krocząc…”, bo zdecydowała godzina projekcji. Ale o dziwo – podobało mi się. Może dlatego, że spodziewałam się czegoś gorszego? Może dlatego, że w filmie trafiło się parę wyrazistych postaci, które osłodziły jego niezmienność.

    Reply
  • Grudzień 28, 2014 at 12:40 am
    Permalink

    Smutna ta recenzja, mówi o słabym warsztacie Liama (cały akapit o gościu), słabej fabule i przewadze seriali kryminalnych nad tym filmem. Trudno się z nią zgodzić.
    Film jest ekranizacją książki Block Lawrence zatem można założyć, iż z góry przyjęto fabułę (choć korci mnie aby odnieść się do zarzutu braku wiarygodnej psychologii bohaterów w świetle występujących w obrazie psychopatów ćwiartujących swoje ofiary totalnie bez powodu, bo mam wrażenie, że oglądałyśmy dwa inne filmy. Chyba że autorka wychodzi z założenia, że widz zawsze musi poznać odpowiedź dlaczego oni to robią? Ale ok, nie o tym chciałam…).
    Niewątpliwie nie jest to film akcji. Co czyni ten film wyjątkowym to jego realizacja. Przede wszystkim genialny obraz. Autor zdjęć doskonale oddał klimat opowiadanej historii, w filmie nie ma ani jednego zbędnego ujęcia, mało tego film opowiada o okrucieństwie ale ukazuje je w niemal artystyczny sposób, nie wprost, obraz nie gorszy, obraz uruchamia wyobraźnię. W wielu momentach dopiero po chwili dociera co się stało. Całość dopełnia muzyka, która nie przeszkadza, nie ostrzega, że coś się wydarzy. Nie buduje napięcia, muzyka je uzupełnia – co we współczesnych produkcjach zdarza się niezwykle rzadko. Liam? Można go nie lubić. Można cenić za minimalizm w ekspresji emocji. Uważam, że idealnie dobrany aktor to tej roli. Całość genialna.
    Mam wrażenie, że autorka recenzji przez negatywne nastawienie do aktora grającego główną rolę niestety straciła czujność i nie dostrzegła lub nie doceniła pozostałych elementów dopełniających całości, a szkoda bo to jeden z najlepszych obrazów 2014 roku moim zdaniem.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *