Howards End

Choć tegoroczna majówka była dla mnie bardzo aktywnym, urozmaiconym czasem, to jej koniec, czyli maraton z serialem Howards End mogę uznać za najprzyjemniejszą część minionego tygodnia. Po prostu pokochałam ten serial! Jest piękny, cudowny, romantyczny i doskonale zagrany. Na HBO GO jest od 15 kwietnia, ale ja specjalnie odkładałam oglądanie na wolniejszy czas, by mieć możliwość podelektowania się tą wyjątkową przyjemnością. Zapewne wielu osobom się nie spodoba, zwłaszcza tym młodszym widzom, którzy ani książkowego pierwowzoru E.M. Forstera nie czytali, ani nie widzieli kultowej adaptacji z 1992 roku w reżyserii Jamesa Ivory’ego. Oczywiście gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości. Zacznijcie od powieści, przejdźcie do filmu (w obsadzie Anthony Hopkins, Emma Thompson, Vanessa Redgrave i Helena Bonham Carter), a potem zapodajcie sobie maraton z serialem. Jeśli jednak nie macie aż tyle czasu, sam serial to też cudowna rozrywka. Tyle w nim piękna przyrody i gorących uczuć, że wręcz idealnie komponuje się z wybuchającą za oknem wiosną, prawie latem. Drogie niepoprawne romantyczki z wielką słabością do angielskiego akcentu i historycznego kostiumu!, nic lepszego obecnie w telewizji dla siebie nie znajdziecie.

Klasa i kasa

Oto portret angielskiego społeczeństwa z początku XX wieku, na który składają się losy trzech rodzin. Osierocone rodzeństwo Schleglów, czyli Margaret (Hayley Atwell), starsza siostra zajmująca się młodszą Helen (Philippa Coulthard) i najmłodszym Tibbym, to żyjący wygodnie (ale nie za bogato) ze spadku po rodzicach idealiści, pasjonujący się literaturą, muzyką i dyskusjami na tematy społeczne. Są uroczy, wierzą w emancypację i ogólnie reprezentują to, co nowe, ducha zmian. Na wycieczce do Niemiec poznają Wilcoxów, rodzinę bogatych kapitalistów, których głową jest pan Henry Wilcox (Matthew Macfadyen), który dorobił się na czerpaniu zysków z kolonii. Poznajemy ich podczas pewnego lata już po powrocie z kontynentu, kiedy to Helen przebywa w ich wiejskim domu o nazwie Howards End. Dziewczyna jest zauroczona całą rodziną, szczególnie panią Wilcox, Ruth (Julia Ormond), oraz jej najmłodszym synem, w którym się zakochuje. Pospieszne zaręczyny zostają jednak przerwane, prawdopodobnie na skutek rodzinnej interwencji. Na szczęście niesmak jaki pozostaje po tym pobycie, ulatnia się po jakimś czasie, a przyjaźń między rodzinami znowu zostaje nawiązana. Wielka zasługa w tym pań z obu domów. Margaret staje się najbliższą przyjaciółką Ruth, podczas gdy niespodziewanie cała jej rodzina przenosi się ze wsi do Londynu i zamieszkuje po sąsiedzku na tej samej ulicy co Schleglowie. Margaret nie wie, że Ruth jest śmiertelnie chora i że to właśnie jej, bratniej duszy z ostatnich tygodni życia, zostawi swój ukochany dom w Howards End. Oczywiście już po jej śmierci rodzinka będzie miała inne zdanie na temat tego, co się powinno stać z wiejską posiadłością, ale sprawy zaczną się komplikować, gdy Henry, już wdowiec, zakocha się w uroczej Margaret.

Trzecią rodziną, która jest uzupełnieniem historii dwóch wyżej wspomnianych, jest małżeństwo Bastów. Leonard Bast (Joseph Quinn), zubożały urzędnik, którego wyrzekła się rodzina, po tym jak wdał się w romans Jacky (Rosalind Eleazar), przez przypadek poznaje siostry Schlegel, które zgodnie ze swymi ideałami i głębokim współczuciem, starają się mu pomóc podźwignąć z biedy, nieświadomie spychając go w jeszcze większe ubóstwo. Ta dziwna para będzie miała wielki wpływ na to, co się wydarzy w pełnym emocji finale serialu.

Dziś taka opowieść może się nam wydawać niezrozumiała, mętna i nudna, ale zapewniam, że wystarczy odrobina wyobraźni i szczypta wiedzy na temat historycznych realiów, by dostrzec jej uniwersalne przesłanie. Osobiście uważam za bardzo ciekawe to, w jaki sposób tu przedstawiono uprzedzenia klasowe, to, jak zasobność portfela wpływa na absolutnie każdy aspekt ludzkiego życia. Dziś wcale nie jest inaczej, a jeśli ktoś myśli, że nie ma obecnie całej tej klasy wyższej, tych rentierów żyjących ze spadków i obligacji, z udziałów w kolei i kopalniach, którzy dla zabicia czasu podróżują od wiejskich domów do nadmorskich posiadłości, to chyba mu internet odcięli i YouTube’a skasowali. Dla mnie oglądanie tego serialu było tak ciekawe także ze względu na możliwość porównywania bohaterów z tym, co widzę obecnie. Obserwuję kilka kanałów, na których dziewczyny, uprzywilejowane tylko ze względu na to, że urodziły się w dobrej dzielnicy Londynu lub w odpowiedniej brytyjskiej rodzinie, chwalą się luksusowymi zakupami i drogimi wczasami. No nic nowego pod słońcem, choć chciałoby się widzieć jakieś zmiany i postęp. Dobrze, że w tej opowieści są też Bastowie, dla kontrastu, i że Schleglowie mają przynajmniej świadomość, co się dzieje w afrykańskich koloniach, co jednak wcale im nie przeszkadza czerpać z tego korzyści, no ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Niespotykana kumulacja piękna

Główną ozdobą tego widowiska jest Hayley Atwell, która mnie zachwyciła czarującym brytyjskim akcentem i wielką gracją, z jaką obnosi te wszystkie piękne suknie. Aktorka została hojnie obdarzona przez naturę bardzo żywą mimiką, przyjemnymi dla oka rysami twarzy i kobiecością, przywodzącą na myśl bohaterki właśnie takich historycznych dramatów. Podobało mi się jak podkreślono w serialu niezłomność przekonań jej bohaterki, która jest zakochaną kobietą, nie starającą się jednak za wszelką cenę zmienić sztywnego, wycofanego i mętnego Henry’ego. A jeśli o nim mowa, to Matthew Macfadyen także spisał się na medal. Zdecydowanie jestem w stanie uwierzyć, że przebojowa i samodzielna Meg zakochała się w takim męskim, stanowczym, choć oschłym jegomościu. Jest między nimi chemia, którą każdy widz łatwo odczuje. Bardzo cenię pana Hopkinsa, ale żaden z niego amant, szczególnie po milczeniu owiec. Ten Henry bardziej mi się podoba.

Muszę także wspomnieć, że dosłownie zakochałam się w tytułowym domostwie. Dokładnie taka zarośnięta bluszczem, trzeszcząca konstrukcja z czerwonej cegły jest moim największym marzeniem, a patrząc na nią na ekranie, nie mogłam wprost powstrzymać westchnień zachwytu. Jest klimatycznie jednym słowem. Zresztą to taki serial, przy którym można się rozmarzać na różne tematy. Ja osobiście oprócz domostwa, zazdroszczę tym paniom tego, że nie muszą pracować tylko spędzają całe dnie na rozwijaniu swojej osobowości i rozmowach o moralności, dla których tłem są sale koncertowe, wypielęgnowane trawniki wiejskich posiadłości i malownicze nadmorskie wzgórza. Oczywiście zazdroszczę tylko do chwili, w której przypominam sobie skąd płynie ten cały dobrobyt i że nasze bohaterki nie mają jeszcze prawa głosu.

4 thoughts on “Howards End

  • Maj 17, 2018 at 4:39 pm
    Permalink

    A niech Cię!!! Zauważyłem, ale miałem nie oglądać… Ale po Twojej recenzji…

    Reply
  • Maj 17, 2018 at 10:42 pm
    Permalink

    Serial, a właściwie mini serial – bardzo dobry. Pięknie sfotografowany, zagrany, kostiumy… Bajka. Niestety… ścieżka dźwiękowa drażniąca, monotonna, przewidywalna. Ale to jedyna wada.
    Dzięki za świetną recenzję, bez niej pewnie bym nie sięgnął.
    Pozdrawi najserdeczniej!

    Reply
  • Maj 18, 2018 at 2:32 pm
    Permalink

    Bardzo się cieszę, że się podobało. Bohaterowie są dość specyficzni i niektórym mogą działać na nerwy, ale ja z wiekiem jakoś coraz bardziej doceniam takie postaci. Przyznam, że nie mogę pozbyć się z głowy tej historii i poluję na powieść, żeby przeżyć to jeszcze raz :) Dziś już się tak nie pisze niestety. Byłoby wspaniale, gdyby nakręcili niedługo też nową wersję Pokoju z widokiem, ale chyba nikt nie godzien zastąpić Heleny Bonham-Carter :)
    Pozdraiwam

    Reply
  • Maj 22, 2018 at 8:32 pm
    Permalink

    No na ekranizację czeka Ken Folett trylogia STULECIE, barcelońskie powieści Carlosa Ruiza Zafona, Wyznaję Jaume Cabre no i oczywiście cały Lee Child. A z polskiej literatury czekam na Żulczyka Ślepnąc od świateł i na Witkowskiego Zbrodniarz i dziewczyna…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *