Gwiazd naszych wina (The Fault in Our Stars)

Są takie filmy, które sprawiają wrażenie zaprogramowanych na to, by stać się ulubionymi filmami nastoletnich panienek. W spaczaniu miłosnych ideałów i kształtowaniu nierealistycznych oczekiwań od romantycznych relacji Gwiazd naszych wina ma szansę prześcignąć nawet Pamiętnik z Ryanem Goslingiem. Jest tu tyle uniesień, tak stylowi i sympatyczni bohaterowie, w dodatku dotknięci rakową tragedią, że para geriatrycznych kochanków z zanikami pamięci nie ma przy nich szans. Oczami wyobraźni już widzę kolejne pokolenia panienek wpisujących na rozmaitych profilach tytuł tej produkcji zaraz obok Zmierzchu i Alchemika. No, ale tego można się było spodziewać, bo w końcu pomysł jest sprawdzony, a fabuła filmu oparta na powieści doskonale się sprzedającej (podejrzewam, że głównie wśród wielbicielek taniego szantażu emocjonalnego).

Najbardziej pretensjonalny tytuł ever

Z powodu tytułu nie obejrzałam filmu wcześniej. Wiem, że to słaby powód, ale jakoś nie wyobrażam sobie siebie mówiącej do kasjerki w kinie, że chcę bilet na Gwiazd naszych wina. Ta fraza jest straszna, aż coś mi zgrzyta w głowie na dźwięk tych słów i dziwi mnie bardzo, że polskim tłumaczom to nie przeszkadzało. No, ale były już gorsze przypadki.

Fabuła tej produkcji jest całkiem interesująca, tyle że nadawałaby się lepiej do cyklu Okruchy życia niż do kin. Mamy oto nastoletnią Hazel Grace Lancaster (Shailene Woodley), u której w wieku 13 lat zdiagnozowano raka tarczycy, a która żyje (choć nie wiadomo jak długo jeszcze) tylko dzięki eksperymentalnemu lekowi o groźnych skutkach ubocznych. Na spotkaniu grupy wsparcia dla chorych na raka, Hazel spotyka Augustusa Watersa (Ansel Elgort), chłopaka który niedawno wygrał batalię z rakiem, choć stracił przy tym nogę. Jak łatwo się domyśleć, dzieciaki zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale są na tyle stylowi, że funkcjonują w związku ,,ironicznie”, a nie na poważnie. W końcu nie ma się co angażować, skoro dziewczyna może się lada moment wybrać na tamten świat.

Gwiazd naszych wina - kadr z filmu

 

Dzieciaki są niestety tak samo pretensjonalne jak tytuł filmu. Piękni, stylowi, zabawni i przytulaśni, a do tego mówiący do siebie zdaniami jakby wyjętymi z pierwszej lepszej powieści Paulo Coelho. Rak jest jedyną skaza na tym ślicznym obrazku, ale gdyby nie on, nie byłoby tej aury niezwykłości wokół ich pięknych nastoletnich główek. Kino już od dekad pokazuje przecież, że życie smakuje najlepiej młodym i tuż prze śmiercią.

Szatańskie oblicze Willema Dafoe

Tło rozwijającego się romansu stanowi książka o wiele mówiącym tytule Cios udręki, autorstwa Petera van Houtena (Willem Dafoe). To fikcyjne dzieło, w którym zakochała się Hazel, opowiada o umierającej na raka Annie. By poznać dalsze losy bohaterów powieści, nasze urocze dzieciaki są gotowe nawet na niebezpieczny wypad do Amsterdamu, w którym to mieście ukrywa się właśnie autor.

Willem Defoe

Kilkanaście minut, zaledwie dwie sceny w których pojawia się nieestetyczne oblicze Dafoe, to jedyna gorycz, lekko równoważąca ogromne pokłady słodyczy dominujące na ekranie przez resztę czasu. Grana przez niewyględnego aktora postać jest zgorzkniała, cyniczna i w sumie tak niesympatyczna jak to tylko możliwe. Szkoda tylko, że popis van Houdena sprowadza się do banalnej puenty, że są dłuższe i krótsze nieskończoności, co z radością podchwytuje Hazel.

Jak nie płakać, kiedy dzieci umierają?

Gwiazd naszych wina to doskonały przykład typowego szantażu emocjonalnego, którego jest ostatnimi czasy coraz więcej w kinie. Nie chodzi mi nawet o konkretną scenę; wszystko od napisów początkowych po napisy końcowe, jest zaprogramowane na wyciskanie łez. Jako widz nie lubię być manipulowana aż tak jawnie i przez tak długi czas, jak ma to miejsce w przypadku tej produkcji.

Oczywiście każda krytyczna uwaga jest zaraz przez fanatycznych widzów torpedowana posądzeniami autora o brak wrażliwości. Jest niestety taka (przeogromna) grupa widzów, której się wydaje, że jeśli film jest wzruszający to automatyczne jest też dobrym, wartościowym dziełem. Niestety, te dwie rzeczy bardzo rzadko idą ze sobą w parze.

Jak każdy chyba, ja także straciłam kogoś przez raka. Nie ma chyba w Polsce czy na świecie ludzi, którzy by nie wiedzieli co to jest nowotwór (wiele statystyk pokazuje, że już niedługo co trzecia osoba będzie umierać na raka). Również, tak samo jak każdy dorosły człowiek, byłam kiedyś nastolatką i to bardzo kochliwą. To wszystko nie oznacza jednak, że automatycznie musi mi się podobać film o nastoletniej nowotworowej miłości. Przyznam jednak, że producenci świetnie trafili w grupę docelową przynoszącą ogromne dochody z kas biletowych.

Gwiazd naszych wina ogląda się całkiem miło (szczególnie warstwa estetyczna jest bardzo dopracowana) i nie czepiałabym się może, gdyby nie ostatnie pół godziny filmu. Niestety, właśnie się dowiedziałam, że jest taka granica czasu emocjonalnych scen w kinie, powyżej której to co miało być wzruszające, robi się po prost groteskowe. No ile można? Końcówka to już jakieś absurdalne nagromadzenie romantycznych i wielkodusznych gestów, od których aż się mdło robi. Nie dajmy się nabierać. Ta łezka kręcąca nam się w oku na widok cierpienia hipsterskiej młodzieży to tylko fizjologiczny efekt uboczny, skutek miksy odpowiednich zdjęć, emocjonalnych cytatów i ckliwej muzyki.

6 thoughts on “Gwiazd naszych wina (The Fault in Our Stars)

  • Wrzesień 5, 2014 at 7:57 pm
    Permalink

    I jak tu się nie zgodzić z taką opinią!
    Słodka historia szarej, chorej myszki i szalonego chłopaczyny. Odrobina przypadku, szczypta niewinności, łyżka tragizmu. Fabuła sztuczna, tandetna-niczym przerysowana postać Van Houtena (Dafoe wiele się nie nagrał, ale… zrobił to cholernie dobrze).

    Godny polecenia… dla dziewczyn w wieku 13-18 lat (porównania do Amelii, Małej Miss czy nawet średniej/ dobrej) Szkoły Uczuć to czysta kpina.

    Reply
  • Pingback: Niezgodna (Divergent) - Szczere recenzje filmów i książek

  • Styczeń 5, 2015 at 9:39 pm
    Permalink

    Zgadzam się z recenzją. Po wcześniejszym przeczytaniu książki widać, że autorzy filmu chcieli koniecznie zagrać na emocjach. Tam, wszystko pisane jest z perspektywy Hazel, skupia się wokół jej poglądów i myśli, często pewnych cynizmu. Najbardziej dziwi mnie, że autor powieści, który wszystko nadzorował na to wszystko pozwolił.
    Jedynie nie zgodzę się co do tytułu. Cieszę się, że nie zmienili oryginału, bojest to cytat z Szekspira, do którego nawiązuje książka (o czym wspaniali twórcy filmu oczywiście zapomnieli wspomnieć).

    Reply
  • Pingback: Papierowe miasta - Szczere Recenzje filmów, seriali i książek

  • Kwiecień 21, 2017 at 3:40 pm
    Permalink

    Ksiazka skradla mi serce . Uwazam ze takie ksiazki ucza empatii … ale to tylko moje zdanie ;)

    Reply
    • Kwiecień 22, 2017 at 9:13 pm
      Permalink

      Książka jak najbardziej – bardzo dobrze napisana. Ale film… Moim zdaniem ani trochę nie oddał klimatu książki.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *