Dwa dni, jedna noc

Nowy film Dardenne’ów to stosunkowo prosta opowieść o kobiecie tracącej pracę. Niby mamy tu wszystko, co doskonale znamy i z kina, i z otaczającej nas rzeczywistości, a jednak jest to nowe i świeże spojrzenie na sprawę. Nie ma zbędnego komentarza, przesadnego dramatyzowania czy szantażu emocjonalnego, o który tak łatwo w sytuacji gdy młoda żona i matka dwójki dzieci, w dodatku chorująca na depresję, traci etat. Fabuła jest poprowadzona bardzo subtelnie i oszczędnie, jest nieskomplikowana i jednowątkowa, a dzięki znakomitej grze Marion Cotillard wszystko wydaje się tak realne i bliskie, że można odnieść wrażenie, że oglądamy dokument a nie zmyśloną historię. Jeśli jesteście w nastroju na poważne (lecz nie dołujące) kino dające do myślenia, to polecam Dwa dni, jedną noc w ten weekend.

Smutna żona, dzielny mąż

Sandra (Cotillard) właśnie wróciła do belgijskiej firmy produkującej panele słoneczne po chorobie, tylko po to by się dowiedzieć, że zostanie zwolniona. Pracodawca dał jej kolegom z pracy wybór i kazał głosować: albo Sandra zostanie w firmie, albo oni otrzymają 1000 euro premii. Obu rzeczy, jak twierdzi kierownictwo, nie da się zrealizować. Pierwsze głosowanie rozstrzyga się na niekorzyść naszej bohaterki, ale że były pewne naciski, zarządzono drugie, z samego rana w poniedziałek. Jest początek weekendu i Sandra ma właśnie tytułowe dwa dni i jedną noc na przekonanie więcej niż połowy z szesnastoosobowej ekipy do tego, że ona bardziej potrzebuje pracy niż oni premii.

Gdyby to zależało tylko od Sandry, byłoby po sprawie, ale jej mąż Manu (Fabrizio Rongione) nie daje za wygraną. Za jego namową odwiedza ona prawie wszystkich współpracowników, a my towarzyszymy jej w tej dziwnej odysei, poznając przy okazji wiele rozmaitych typów ludzkich i postaw wobec bliźniego potrzebującego pomocy.

Marion Cottilard

Podtrzymywana na duchu, a czasami wręcz na siłę wyciągana z domu Sandra, dokonuje najtrudniejszej rzeczy w życiu, czyli prosi o pomoc. Czasem jest to łatwe, ponieważ zdarza się, że koledzy szybko zmieniają zdanie i wspaniałomyślnie rezygnują z premii. Często też jednak ważniejsze są inne sprawy, takie jak opłacenie rachunków, pomoc dzieciom na studiach, czy nawet wykończenie tarasu. Choć odmowa boleśnie rani Sandrę, która na naszych oczach spokojnie stacza się w otchłań depresji, to jednak możemy też zrozumieć racje tej drugiej strony, co jest wielką zaletą tego filmu.

Piętno depresji

Niedawno obchodziliśmy dzień depresji i ten film wydaje mi się doskonale korespondować ze wszystkim co zostało z tej okazji powiedziane w mediach. Najbardziej przygnębiające jest to, że ludzie dookoła chorego wciąż nie rozumieją, że to nie jest zwykły foch, ale kwestia chemii w organizmie i że, jak z każdą inną chorobą, można z depresją skutecznie walczyć. Tymczasem w filmie, tak jak w prawdziwym życiu, ludzie odsuwają się od takiego człowieka (często wydaje mi się, że inni się boją, że zaraża się wtedy smutkiem czy szaleństwem) gdy tymczasem to czego mu potrzeba najbardziej, to normalne funkcjonowanie w świecie, a tego nie ma bez pracy. Sandra i jej mąż dają jasno do zrozumienie, że walczą tak heroicznie nie tyle o pieniądze, co o możliwość przebywania w otoczeniu znajomych oraz poczucia się znowu przydatną i potrzebną. Niestety przypadek Sandry jest bardzo typowy również pod tym względem, że kolejna utrata pracy pogłębi jej depresję, a z kolei utrzymanie pracy utrudnia jej właśnie ta choroba. Sytuacja się zapętla i trzeba czegoś niezwykłego by ten zaklęty krąg rozerwać. Tym czymś okazuje się decyzja o podjęciu działania, co jest bardzo trudne, bo przecież trzeba poprosić o pomoc. Mam wrażenie, że we współczesnym zachodnim społeczeństwie, im więcej jest deklaracji pomocy, uśmiechów i powierzchownej sympatii, tym mniej chętnie wyciąga się rękę do drugiego człowieka gdy ten rzeczywiście tego potrzebuje. Bardzo przejmujące jest to, że widzimy jak trudne jest to dla Sandry, jak upokorzona czuje się rozmawiając z kolegami, choć przecież to oni powinni się wstydzić.

Dwa dni, jedna noc wywarł na mnie ogromne wrażenie, choć z początku nie mogłam się skupić i wciągnąć w fabułę. Za bardzo identyfikuję się z Sandrą by być bezstronną oglądając jej perypetie i będzie tak miał chyba każdy kto doświadczył w swym życiu bezrobocia oraz braku solidarności w ludzkiej gromadzie w jakiej się znalazł. Choć jestem po stronie bohaterki, doceniam to jak twórcy ukazują złożoność motywacji każdej ze stron. I Sandra, i jej mąż, a także każdy z jej kolegów z pracy, ulegają społecznym i psychologicznym naciskom. Choć złościć mnie mogą ciągle powtarzane frazesy, że ,,nie mogę rezygnować z premii” lub ,,na moim miejscu zachowałabyś się tak samo”, rozumiem też racje tych, którzy interesownie i egoistycznie patrzą na świat, ponieważ właśnie takie postawy są współcześnie promowane i nie mamy często innego wyjścia jak się dostosować. Kto dziś pamięta o honorze, współczuciu czy przyzwoitości?

Warto wybrać się do kina na ten film również ze względu na jego oryginalną formę. Za pośrednictwem śledzącej każdy ruch bohaterki kamery można się poczuć jakby się wkraczało w najbardziej intymne sfery ludzkiego życia, choć Sandra właściwie ani razu nie przekracza progu domu. W rozmowie o pieniądzach ludzie bardzo się odkrywają i wcale nie trzeba wielu słów byśmy zrozumieli co im siedzi w głowach. Ta intymność, subtelność, a nawet dłużyzny i nuda (bo i tego jest tu wiele) mają swoje znaczenie. Dla mnie była to wycieczka w głąb największego koszmaru (myślę, że będzie tak w przypadku wielu innych bezrobotnych posiadaczy kontrowersyjnego kredytu), bardziej emocjonująca i wymowna niż ujęcia z pola walki. Sandra walcząc o pracę, walczy o dobrobyt rodziny, szczęście dzieci, powodzenie związku i swoje zdrowie psychiczne, czyli tak naprawdę walczy o życie. Dzięki wspaniałej kreacji Cotillard bardzo jej w tej walce kibicowałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *