Dzień, w którym zobaczyłam twoje serce

Moje poszukiwania idealnej francuskiej komedii romantycznej nadal trwają. Niestety, wbrew pozorom, Dzień, w którym zobaczyłam twoje serce nie jest ani komediowy, ani tym bardziej romantyczny, choć przyznam, że jest to zdecydowanie film wart zobaczenia. Nie puszczajcie go sobie może w Walentynki, ale za to w Dzień Ojca jak najbardziej, ponieważ główna relacja ukazana w tym filmie jest właśnie tą wiążąca córkę z ojcem. Może i nie jest to najlepsza produkcja dekady (trochę przynudza, trochę się wlecze), ale nie można jej odmówić oryginalnego podejścia od tematu. Podoba mi się, że nikt tu nie jest idealny oraz to, że mimo tej świadomości, bohaterowie niekoniecznie mają ochotę na zmiany. Świetna jest także dynamika dziwnych rodzinnych zachowań postaci, których na próżno byśmy się dopatrywali w podobnych amerykańskich produkcjach.

Główną bohaterką filmu jest urocza Justine Dhrey (Melanie Laurent), która robi pacjentom prześwietlenia w niewielkiej przychodni. Wielkim problemem tej młodej kobiety jest nieumiejętność zaangażowania się w bliższą relację z mężczyznami, których zmienia jak rękawiczki. Nie ulega wątpliwości, że źródłem jej problemów jest tatuś, Eli Dhrey (Michel Blanc), który nigdy nie ukrywał, że dzieci go po prostu mało obchodzą. Swoje zaangażowanie w życie córki wyraża skrycie, poprzez chomikowanie przeznaczonych dla niej pocztówek z podróży, oraz zatrudnianie w swoim sklepie jej byłych chłopaków. Ten podobny do Gargamela staruszek to naprawdę dziwny typ.

Gdyby nie kilka drobiazgów, Dzień, w którym zobaczyłam twoje serce, od razu trafiłby do mojego mentalnego kosza z odpadkami. Pierwsza sprawa to odzywki starszego pana, który jakby sobie założył, że będzie tak niesympatycznym i zwyczajnie złym ojcem jak to tylko możliwe. Nie próbuje się usprawiedliwiać ani tym bardziej zmieniać. Podoba mi się taka konsekwencja. Druga sprawa to oryginalne hobby Justine, która nie tylko zawodowo, ale także hobbystycznie/artystycznie zajmuje się fotografią, ukazującą rzeczy z zupełnie innej perspektywy. Trzecim pozytywnym elementem składowym tej francuskiej komedii na niby, jest to, co mają chyba wszystkie francuskie filmy, czyli bezbłędny styl ubierania się głównej bohaterki. Dość przeciętna uroda Melanie Laurent (tak, to ta Francuska z Iluzji) została tu wspaniale podkręcona śmiesznymi młodzieżowymi kurtkami i bluzami w soczystych kolorach, oraz luźnymi topami, w których wygląda jak nieszczęśliwy, żłopiący kawę i zrzędzący, ale jednak milion dolarów. Nie popłaczecie się na tym filmie, nie pośmiejecie, ale za to będziecie wiedzieli (a właściwie wiedziały) w co się trzeba koniecznie zaopatrzyć przy okazji następnych ubraniowych zakupów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *