Dobra partia (Save the date)

Sezon ślubny rozpoczął się już na dobre, więc pomyślałam, że czas na jakąś komedię romantyczną o zamążpójściu. O taki film w końcu nie trudno, wszak komedie romantyczne to prawdziwa specjalność amerykańskich filmowców. Wybrałam więc Save the Date, głównie ze względu na banalny ślubny tytuł, choć przyznam od razu, że zupełnie nie rozumiem polskiego tłumaczenia. Osoba, która nazwała to ,,dzieło” Dobrą partią, chyba w ogóle nie widziała filmu. Nie ma w nim nawet nawiązania do jakiejkolwiek partii, złej czy dobrej, czyli do tradycyjnie rozumianej kategorii określającej korzystny (ze względów głównie majątkowych) ożenek. Ale rozczarowanie! Liczyłam na widowisko w dziewiętnastowiecznym stylu, a tu nic.

No może nie całkiem nic, ponieważ mamy tu bardzo tradycyjne, zaczerpnięte zapewne z Rozważnej i romantycznej poprowadzenie fabuły, w której bohaterkami są dwie siostry, jak przystało, różne od siebie jak ogień i woda. Beth (Alison Brie) i Sarah (Lizzy Caplan) mają zupełnie różne poglądy na temat miłości i związków, przez co ciągle się kłócą. Pierwsza ma poukładane życie emocjonalne i właśnie planuje tradycyjne wesele ze swoim wieloletnim partnerem, gdy tymczasem Sarah, bez wyraźnego powodu kończy jeden związek, by zaraz zacząć kolejny romans. To właśnie na Sarze skupia się akcja i trzeba przyznać, że jest ona wdzięcznym obiektem obserwacji. Jak przystało na komedię romantyczną jest dość ekscentryczna i nie wierzy w małżeństwo i nudne tradycyjne wartości. Wierzy za to w codzienną radość, proste życie i indywidualne wybory. No i oczywiście pracuje w księgarni i jest artystką, rysującą niebanalne komiksowe scenki (których bohaterem jest najlepszy aktor w tym filmie, czyli kotka o imieniu Ferdynand). Na tym właściwie kończą się podobieństwa do tradycyjnej komedii romantycznej, ponieważ tak naprawdę Save the Date ani śmieszny, ani romantyczny nie jest. Po seansie można poczuć się mocno przygnębionym i rozczarowanym. Momentami depresja aż wylewa się z ekranu, głównie podczas scen z porzucanymi chłopakami głównej bohaterki, oraz z jej miotającą się w ślubnej gorączce, nieszczęśliwą siostrą. Można odnieść wrażenie, że twórcy filmu nie od końca wiedzieli o co im chodzi i co chcą pokazać.

Czy warto więc w ogóle obejrzeć dobrą partię? Na pewno tak, ze względu na specyficzny klimat. Przepełnione ciepłym światłem zdjęcia, zabawne rysunki bohaterki, długie momenty milczenia oraz niebanalna muzyka tworzą atmosferę jak z hiszpańskiego czy włoskiego kina sprzed dwudziestu lat, a to przecież tylko dość tania amerykańska produkcja do jednorazowego obejrzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *