Diana

To jest naprawdę bardzo dziwny film. Jeżeli potraktować go na poważnie, jako dramat biograficzny o ,,najsłynniejszej kobiecie na świecie” to po prostu wypada słabo. Twórcy chcąc pokazać Dianę z innej niż dotychczas, bardziej prywatnej perspektywy, poszli w prawdziwą przesadę. Tej intymności jest tu trochę za dużo. Rozumiem jeszcze, że są te rozczulające rozmowy z ukochanym, czy gotowanie fasolki. To ją stawia w dobrym, bardziej ludzkim świetle. Ale na co nam te ciągłe zbliżenia na twarz bez wyrazu, to wzdychanie i dziwne, fetyszowe ujęcia stóp? Trudno powiedzieć. Jeśli jednak na Dianę popatrzymy jak na bardzo długą reklamę, to naprawdę wszystko staje się jasne i przestajemy się dziwić specyficznej technice filmowej.

To wcale nie Naomi Watts gra w Dianie główną rolę. Najwięcej uwagi (zapewne przypadkowo) skupiają mokasyny pewnej konkretnej marki. Dużą konkurencją dla nich nie są wcale aktorzy, ale wysuwające się na pierwszy plan szpilki (tak duże zbliżenie, że można było przeczytać imię i nazwisko pana, który je zrobił) oraz typowe, drogie brytyjskie prochowce, także wiadomej marki. To właśnie nachalny product placement winię za klapę Diany, choć tak na serio, to gdyby scenariusz był lepszy, to żadne buty czy fatałaszki by go nie zepsuły.

Film o ,,królowej ludzkich serc” i ,,najsłynniejszej kobiecie na świecie” to naprawdę sztywny gniot i takie raczej tanie romansidło momentami ocierające się o kiepski dreszczowiec. Diana tak usilnie i desperacko stara się uwieźć a potem zatrzymać doktora Hasnata Khana (Naveen Andrews), że w pewnym momencie to się robi aż straszne. Prześladowczyni nawet zakrada się do jego domu i to żeby posprzątać. Biedny człowiek od początku nie bardzo się do tego garnął, a na koniec wychodzi, że to właściwie przez niego zginęła. Rozumiem, że mieliśmy wszyscy być zaskoczeni, że to niby ona była księżną, a to jednak on rządził w tym związku, ale to już chyba przesada i sadyzm, żeby ciągle pokazywać jak ją odtrąca, a ona wciąż wraca. Przez cały film intensywnie myślałam o tym, że oglądam przecież na ekranie bardzo intymne (choć niepochlebne i szalenie pretensjonalne) kadry z czyjegoś życia, a ten facet żyje sobie tam gdzieś nadal i musi się dziwnie czuć z tym, że już cały świat wie jak go Diana do pałacu przemycała.

Nie podoba mi się także sam sposób ukazania Diany. Tak duży nacisk położono na to by była zwyczajną kobieta, taką jedną z nas spoko babką, że w wykonaniu Naomi Watts widzimy już tylko przerysowaną idiotkę. Kobieta zachowuje się jak nastolatka, próbująca się przypodobać nowemu chłopakowi, tak jakby nigdy wcześniej nie była w żadnym związku. Bardzo przeszkadzała mi także nerwowa mimika Naomi Watts, która usilnie skupiała się na oddaniu najbardziej typowych grymasów książęcej twarzy (wyglądało to tak jakby się bez przerwy bała, że ktoś ją uderzy w tę dużą głowę). Efekt jest taki, że mamy całą serię scen reklamowych (wspomniane buty) i zdjęć do złudzenia przypominających najbardziej znane fotografie prasowe autentycznej księżnej Diany. Widać, że mało uwagi poświęcone oddaniu emocji, a za to sporo energii poszło na dobranie strojów i ufryzowanie blond czupryny (nigdy nie uważałam, by Diana była jakąś pięknością, dziwnie jej się ta głowa chwiała, a ta fryzura robiła z niej normalnie starą ciotkę, w dodatku w filmie jeszcze to podkreślili).

Dość osobliwie wypada także umieszczenie Diany w trochę takiej próżni. Jest tylko ona, jej ukochany i stado fotoreporterów. Nie ma Karola, nie ma Królowej Elżbiety, nie ma też dzieciaczków. Podejrzane. Równie podejrzane, a dla niektórych też wręcz bulwersujące, są filmowe insynuacje, sugerujące, że Diana pogrywała sobie z dziennikarzami, próbując ugrać coś dla siebie. W efekcie wygląda to trochę tak, jakby sobie zasłużyła na to, co ją spotkało. I to ma być laurka dla królowej ludzkich serc?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *