David Wagner, Przeszczepione życie

Ta książka jest tak dobra, że naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie mówi się o niej więcej, nie pisze bardziej entuzjastycznie. Dla mnie to prawdziwe odkrycie, tym przyjemniejsze, że zupełnie niespodziewane. Zabierając się za lekturę, spodziewałam się bardzo naturalistycznego tekstu, traktującego o przeszczepach z niemal medyczną dokładnością opisu (bo czy można dziś inaczej?), a otrzymałam inteligentną, zaskakującą, niepodobną do niczego innego poza Czarodziejską górą opowieść o tym, jak ciężka choroba zmienia perspektywę patrzenia na świat i nasze życie. Może to niektórych zdziwi, ale, choć oczywiście poważna, bo ostateczna w wymowie, ta oparta na faktach fabuła jest bardzo zabawna, tym ciepłym, lekko ironicznym i inteligentnym humorem, który czytelnicy cenią najbardziej i po którym poznają najlepszych pisarzy. Nic tu nie jest tym, czym z początku się wydaje, a po pewnym czasie nawet notka z okładki, informująca nas, że Przeszczepione życie zostało w 2014 roku uznane za najlepszą współczesną powieść obcojęzyczną w Chinach, przestaje nas dziwić i nie wydaje się wcale aż taka makabryczna jak z początku.

Wątroba przychodzi dwa razy

Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem tej opowieści, jest młody mężczyzna, pisarz, mieszkający współcześnie w Berlinie. Wiemy o nim niewiele, tylko tyle, ile sam chce o sobie powiedzieć, ale za to od razu przechodzimy do sedna sprawy organizującej cały jego świat, czyli do wątroby. Od wczesnego dzieciństwa boryka się on z bardzo specyficzną odmianą zapalenia wątroby typu C, co wiąże się z przyjmowaniem wielu leków i radzeniem sobie z ich skutkami ubocznymi. W praktyce życie pisarza w większości sprowadza się do walki nie tylko z nieuleczalną chorobą, ale też na przykład z gromadzącą się w ciele wodą (opuchlizna) czy z nadmiarem amoniaku (zmęczenie i otępienie). I tak przez trzydzieści lat, do pamiętnej nocy, w której wymiotując własną krwią trafia do szpitala, gdzie go bliżej poznajemy.

Od początku, od pierwszych słów, wiedziałam, że przyszło mi poznać osobę dość niezwykłą, co potwierdzało się z każdą stroną tekstu. Nasz bohater ma dowcip i dystans, którego zupełnie nie spodziewałam się u osoby, która już kilka razy niemal nie opuściła świata żywych. I gdy już myślałam, że bardziej mnie nie zdziwi, pisarz wspomina po udanym przeszczepie wątroby, że raz już miał szansę na nowy organ, ale odmówił. Wyobrażacie sobie coś podobnego? Człowiek choruje przez całe życie, ma tak niebezpieczne przypadłości jak krwawiące do żołądka żylaki przełyku, a tu dzwonią do niego w środku nocy z informacją, że proszę się szykować, wątroba czeka, a on na to, że nie, dziękuję. Oczywiście szczegóły całej sytuacji musicie poznać sami. Ja tylko zapowiadam, z jak nieoczywistą historią choroby mamy tu do czynienia.

Nasz przewodnik po świecie ciężko chorych i umierających gości oddziałów szpitalnych nie traktuje choroby jako bożej kary, raczej się nie buntuje i nie roztkliwia nad sobą (choruje tak długo, że te fazy ma już zapewne dawno za sobą), ale za to postanawia potraktować całą sytuację jako okazję do niecodziennych obserwacji siebie i innych. Dzięki temu trzydziestosześcioletniemu biorcy organu, poznajemy wielu innych pacjentów (w przeważającej części gastronomów, amatorów dobrego jedzenia i trunków, ciężko pracujących całe życie na chorobę), obserwujemy personel szpitalny, ale też zagłębiamy się w pamięć i wyobraźnię bohatera, który przypomina sobie podróże i kobiety, które kiedyś kochał, myśli o córce, a także rozmawia z osobą, od której pobrano wątrobę. Brzmi to może nieco surrealistycznie, ale zapewniam, że w świecie tej powieści wypada bardzo naturalnie.

Kiedy pisarz choruje…

Wielką wartością tej książki jest nie tylko jej wymiar indywidualny, czyli historia jednego człowieka mierzącego się ze sprawami najważniejszymi i ostatecznymi, ale też umiejętność nadania temu szerszego kontekstu, co wychodzi Wagnerowi wyjątkowo dobrze. Wyobrażam sobie na przykład, że każdy wierny czytelnik Tomasza Manna uśmiechnie się do fragmentów na temat rentgenów, jak do starego przyjaciela.

„Nie mogę pozbyć się myśli, że promienie rentgenowskie to promienie śmierci, a zdjęcia, te dziwne półprzezroczyste folie, zaraz ukażą mnie jako ducha, którym być może już jestem, tak, zdjęcia rentgenowskie muszą być czymś w rodzaju zrobionych zawczasu wizerunków pośmiertnych, bo w całej swej niejasnej wyrazistości zdradzają przecież to, co da się zobaczyć właściwie dopiero po rozłożeniu się ciała. O ile w ogóle”.

No kto z nas, zwykłych śmiertelników a nie pisarzy, myśli w podobny sposób, patrząc na swoje prześwietlenie. Tę niecodzienną optykę Wagner przykłada do wszystkiego, co przytrafia się jego bohaterowi, dzięki czemu zapewne w ogóle pacjent jest w stanie znieść chorobę i szpitalne realia. A jakież osobliwe uwagi kołaczą mu się po głowie, na przykład o naturze czasu lub o tym, co się dzieje w umysłach innych chorych, często czujących przymus by opowiadać o swojej chorobie jak o długiej heroicznej podróży. Kto, jak nie pisarz, byłby w stanie zobaczyć w sobie nowego Prometeusza (schowaj się Mary Shelley:), któremu sęp wyrywa codziennie wątrobę? Kto by się pochylił nad losem setek psów, na których testowano przed laty wszelakie przeszczepy, nim zabrano się za ludzi? Czy wreszcie kogoś z czytelników, chorego bądź zdrowego, zastanawiała kiedyś kwestia własności przeszczepionych organów? Do kogo należy na przykład wątroba naszego bohatera, do niego, do zmarłego dawcy, czy do szpitala? I ile czego trzeba by przeszczepić, by zmienić swoją tożsamość? Z każdym nowym fragmentem mnożą się pytania, a każde z nich ma drugie i trzecie dno. Do tego czuć w tym wszystkim, że Wagnerowie absolutnie nie chodzi o wzbudzanie współczucia, czy o tanie efekciarstwo i właśnie dlatego to taka dobra książka.

Mam nadzieję, że jeszcze wielu czytelników sięgnie po tę książkę, pokonując lęk lub niechęć zmierzenia się z bardzo trudnym tematem choroby, śmierci i kruchości ludzkiej cielesności. Zapewniam, że lektura jest, wbrew wszystkiemu, bardzo przyjemna i satysfakcjonująca, co bardzo ułatwiają krótkie, esencjonalne fragmenty, na jakie autor podzielił tę prozę. Zakończę może cytatem dość humorystycznym, by dać lepsze wyobrażenie, z kim przyjdzie wam obcować podczas lektury:

„Przypominam sobie urologa, który badał mi prostatę, palpacyjnie, per rectum – dwa przepiękne określenia na palec w dupie. Z urologicznego punktu widzenia, powiedział, nie ma żadnych przeciwwskazań do transplantacji, dowiedziałem się poza tym, że mam jądra jak z obrazka. Ale fajnie.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *