Ant-Man

Nie pałam wielką miłością do produkcji Marvela, nie czekałam z niecierpliwością na ten film, ale jak na wakacyjny hit, Ant-Man zaprezentował się całkiem nieźle. Tytuł, będący przydomkiem głównego bohatera, działa niestety na jego niekorzyść, ale naprawdę nie było tak źle jak się tego spodziewałam i seans przeszedł zupełnie bezboleśnie. Pomimo licznych odwołań do Avengersów i innych marvelowskich tworów, Ant-Man to samodzielna opowieść o wielkich ambicjach pewnego naukowca, rodzinnych emocjach, a także mikrokosmosie bardzo uroczych i niezwykle pomocnych owadów. Przed klęską banalności i nudy ratuje Ant-Mana ironiczne poczucie humoru, nie pozwalające brać nam tego wszystkiego zbyt dosłownie, co moim zdaniem przydałoby się wielu innym produkcjom o super bohaterach traktujących siebie samych śmiertelnie poważnie.

Mrówczy skafander

Scott Lang (Paul Rudd) nie ma jakichś szczególnych uzdolnień czy super mocy, no może poza tym, że jest dość sprawnym złodziejem, choć nawet i to nie bardzo, bo w końcu go złapali i do wiezienia posadzili. Tak na pierwszy rzut oka Scott wcale nie przypomina typowego komiksowego herosa i w tym tkwi jego siła. Komediowy aktor Rudd może wykorzystać swoje warunki i zamienić film akcji w całkiem składną komedię familijną z elementami zagłady świata w tle.

Poznajemy Scotta zaraz po wyjściu z więzienia, gdy boryka się z typowymi przeciwnościami losu dotykającymi skazańców. Była żona nie chce go widzieć, nie ma pieniędzy na alimenty, a mała córeczka tęskni. Antidotum na jego bolączki ma być tajemnicze zlecenie, wciągające go na orbitę ekscentrycznego doktora Pyma (Michael Douglas). Starszawy naukowiec i jego piękna córka Hope (Evangeline Lilly) dosłownie wtłaczają go w śmieszny gumowy kostium, pomniejszają i uczą jak być mrówką, a to wszystko oczywiście w służbie ludzkości i wyższego dobra.

Bohaterska autoironia

Czasy, w których superbohaterowie (latający, biegający w rajtuzach, strzelający laserem z oka czy podróżujący w czasie) minęły już chyba bezpowrotnie. Zresztą, Ant-Man nie bardzo się na takiego typowego faceta w pelerynie nadaje. Teraz oprócz pokazu mięśni, nowoczesnego sprzętu i zapierających dech (kosztami) efektów specjalnych, widzowie spodziewają się też, że postaci będą inteligentne, zabawne, pocieszne lub obdarzone osobowością, z którą będą mogli się utożsamiać. Ant-Man właśnie taki jest. Smutne oczy spaniela i życiowy pech sprawiają, że zwyczajnie nie można go nie lubić. Na tle reszty naprawdę komiksowych kolegów, wydaje się swojski i żywy.

ant-man-movie-image-paul-rudd

Co do wspierających towarzyszy Ant-Mana, to zdecydowanie nie podobał mi się występ pana Douglasa, którego złośliwa twarzy i mówienie jakby strzelał jadem, kwalifikują już tylko do ról demonów i innych mrocznych postaci z diabelskich czeluści (i to nie jest sprawa wieku, zawsze był antypatyczny). Grająca jego córkę, piękna Evangeline Lilly, wnosi do filmu jedynie bezbłędną fryzurę, która na szczęście odwraca uwagę od jej gry i sprawia, że kobiety też mają na czym oko zawiesić. Nie zachwycił mnie także arcywróg człowieka-mrówy, Cross, gdyż w tej roli wystąpił jak zawsze nudny i nijaki Corey Stoll.

No, ale żeby nie było, że zrzędzę i wszyscy są be, to dodam, że wyjątkowo podobał mi się występ Michale Peñy, grającego Luisa, nierozgarniętego przyjaciela Scotta. Aktor, będący w większości swoich filmów reprezentantem mniejszości latynoskiej, naprawdę popisał się talentem komediowym, który został na szczęście dobrze wyeksponowany. Sceny, w których Luis opowiada w jaki sposób wszedł w posiadanie pewnych ważnych informacji są bezbłędne i naprawdę pomysłowe. Na pewno zostaną w mojej pamięci dłużej niż większość spektakularnych efektów specjalnych, których już mam po dziurki w nosie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *