Zanim się pojawiłeś

To będzie tekst, w którym postaram się wyjaśnić, dlaczego na przekór płynącym zewsząd wiadomościom, nie dołączę do kultu komedii romantycznej Zanim się pojawiłeś. Jestem pewna, że wielu osobom to się nie spodoba, ale trudno. Mnie się film nie podobał, nie mogłam wręcz doczekać się końca, a jednak przetrzymałam, więc i wy, drogie fanki Jojo Moyes dacie radę.

O tym, że mamy do czynienia niemal z kultem przekonałam się w ten weekend. Choć nie mam telewizji, a do gazet zaglądam sporadycznie, i tak dotarły do mnie zachwyty po ,,najbardziej oczekiwanej premierze roku”. Sprawnie nakręcona machina promocyjna ruszyła pełną parą i skutecznie sprzedaje zarówno film, jak i książkę, podobno wszechświatowy bestseller. Ale nie to przyciągnęło mnie do Multikina. Nie był to też udział Emilii Clarke, gwiazdy Gry o Tron. Największą zachętą okazała się opinia, którą wyczytałam na jednym z zagranicznych blogów filmowych, głosząca, że Zanim się pojawiłeś nie ma słabych punktów, i że ta produkcja wyznacza nowe standardy komedii romantycznej, osiąga zupełnie nowy poziom, niczym przed laty kultowy już dziś Pamiętnik. No po takiej opinii musiałam iść sprawdzić na własne oczy z jakimże to fenomenem popkulturowym mamy do czynienia. By zgłębić temat, kilka godzin przed seansem poświeciłam nawet na przeczytanie powieści. Oto moje obserwacje.

Maszynka do zarabiania

Byłam naprawdę zaskoczona tym, że powieść jest naprawdę porządnie napisana. Historia opowiada z grubsza o tym, że nieogarnięta życiowo Louisa Clark (w filmie w tym wydaniu to Zrodzona z burzy Matka Smoków) mając lat 26 rozpoczyna nową pracę w charakterze towarzyszki i opiekunki sparaliżowanego młodego mężczyzny. Will Traynor (podczas filmu przekonacie się, że Sam Claflin wraz ze swoją imponującą sylwetką i obłędnymi kośćmi policzkowymi chyba też dołączył do wyścigu po rolę Bonda) na skutek wypadku motocyklowego jest unieruchomiony od szyi w dół, a jego ciało dręczy nieustanny ból i częste choroby. Nic dziwnego, że bogaty, przedsiębiorczy i do niedawna super sprawny przystojniak czuje się zgorzkniały i nie chce mu się żyć. Swoją gorycz przelewa chętnie na Lou, która ze swoim nieokrzesaniem, boleśnie kolorowymi strojami i wrażliwością jest wyjątkowo łatwym celem. Szybko jednak pierwsze lody zostają przełamane, a nasza urocza para zaprzyjaźnia się serdecznie. Cieniem na tym związku jest jedynie podsłuchana przez Lou informacja, że Will ma tylko pół roku życia, po którym zamierza poddać się eutanazji. To z ciekawości czy zrobi to, czy jednak miłość do Lou go uratuje, tysiące młodych kobiet codziennie nie przesypiają nocy, musząc koniecznie dowiedzieć się jak ta historia się skończy.

Moyes bardzo wprawnie stosuje schemat, który znamy już od dawna. Will, niczym nachmurzony pan Darcy, a Lou niczym połączenie jego Elżbiety z Bridget Jones, prowadzą serię uroczych dialogów, rozgrzewających serce i przywołujących uśmiech na twarz. Zanim się pojawiłeś skutecznie oderwie was od codziennych problemów, wprowadzając w świat, w którym kopciuszek spotyka milionera, a ten zaraz zmienia całe jej życie. W dodatku mamy też głębię, a raczej ,,głębię”, czyli dodatek tematów, które młodym osobom mogą się wydać dość znaczące i wystarczające by nie uznać lektury za tanie romansidło. Prawdziwy geniusz Jojo Moyes polega na tym, że biedę, bezrobocie, przemoc na tle seksualnym, ciężką chorobę i eutanazję potrafi opakować tak, by nadal (dla pewnych osób) były to tematy ciekawe i atrakcyjnie podane. Mnie osobiście to przygnębia, w wielu momentach zetknięcie się landrynkowej naiwności fabuły z ,,okruchami życia” było dla mnie dołujące i wręcz raziło, ale chyba jestem w swych odczuciach odosobniona, bo na forach czytelniczych same zachwyty.

Bieda niczym kalectwo

O ile naprawdę jestem w stanie zrozumieć dlaczego Zanim się pojawiłeś stało się bestsellerem, o tyle zachwytów nad filmem pojąć już nie mogę. Doskonałe recenzje to zapewne efekt promocyjnego wmawiania widzom i krytykom, że widzieli lepszy film niż w rzeczywistości. Nie pomogło to, że Moyes sama napisała scenariusz na podstawie własnej książki, ani tym bardziej udział gwiazdy Gry o Tron. Zwyczajnie patrzyło mi się na to z bólem zębów i poczuciem zażenowania. Całkiem sprawnie napisana fabuła została sprowadzona do serii krótkich nieporadnych scenek, z których każda ma nas albo wzruszyć do łez, albo też do łez rozbawić. Już przed seansem poszła wieść w blogosferze, że jak nie płaczesz, jesteś cyborgiem. Po wczorajszym seansie chyba zrobię sobie koszulkę z napisem Nie płakałam na Zanim się pojawiłeś. Nie mam serca :).

ME BEFORE YOU

Pominę już tanie żerowanie na ludzkim współczuciu i od razu skupię się na całościowej wymowie, nieco innej niż w książce. W powieści był czas na wyjaśnienie, że Will chce się wybrać na tamten świat, gdyż jego życiu towarzyszy nieustanny ból i cierpienie psychiczne oraz fizyczne. Dostajemy na to aż nadto przykładów. Niestety w filmie tak się pospieszono, że z wypowiedzi bohatera wynika jedynie, iż warto żyć jedynie na własnych warunkach, życiem jakie się wybrało i jakie spełnia wszystkie nasze oczekiwania. W każdym innym wypadku należy się ewakuować. W dodatku za argument robią tu takie fakty jak to, że Will jest bajecznie bogaty i szalenie przystojny, przez co powinniśmy współczuć mu bardziej, bo przecież lądując na wózku stracił więcej niż przeciętny Smith czy Kowalski. Co za bzdurne przesłanie! Jeszcze gorzej jest w przypadku nieszczęsnej Lou. Powieść wyjaśnia nam dokładnie dlaczego ta młoda osóbka postanowiła nie opuszczać rodzinnego miasta, ubierać się jak papuga i być tym, kim jest. W filmie na ten temat ani słowa, za to co chwila Will daje jej do zrozumienia, że jej życie jest mniej warte niż jego, bo dziewczyna nie korzysta z niego tak, jak powinna. Lou nie ma pieniędzy na egzotyczne wycieczki czy uprawianie ekstremalnych sportów, więc po co w ogóle żyje? Te z nas, które zostaną ,,uratowane” z nizin społecznych i uwolnione od problemów finansowych jak bohaterki romantycznych komedii, mogą mieć poczucie spełnienia i wolności. A reszta? Zgodnie z logiką Moyes chyba powinna poddać się eutanazji.

Nie będę się dłużej pastwić na tym filmem, bo to bezcelowe. Kto chce zobaczyć i tak zobaczy, pomimo mojego zrzędzenia. Zresztą zachęcam, gdyż jest to znakomity przykład na mistrzostwo promocyjne, jakiego dawno nie mieliśmy. Muszę niestety na koniec wspomnieć o czymś, co straszliwie mi przeszkadzało w tym filmie. Chodzi mi oczywiście o straszne, potworne, najgorsze na świecie aktorstwo Emilii Clarke. W Grze o Tron jakoś mniej to razi, bo dochodzi cała ta golizna, charakteryzacja i smoki, ale tu jest nie do zniesienia. Lou w jej wykonaniu sprawia wrażenie upośledzonej umysłowo osoby, albo przynajmniej kogoś o boleśnie niskim ilorazie inteligencji. Jej wykrzywiona w bolesnym spazmie uśmiechu twarz nie jest miłym widokiem i sprawia, że naprawdę zaczynam tęsknić za królowymi komedii romantycznych z lat 90-tych (Meg Ryan i Sandrą Bullock). I znów muszę przyznać, że to chyba tylko mój problem, bo pochlipujące nastolatki siedzące w fotelach obok były zachwycone. Śmiały się i płakały na zmianę, co chwilę powtarzając ,,chyba się posikam”. Wychodzi na to, że Zanim się pojawiłeś spełnia swoje zadanie. Znakomicie zarabiająca love story o paraliżu i eutanazji bardzo łatwo wchodzi do młodych głów i o to chodzi, a ja niepotrzebnie się czepiam.

20 myśli na temat “Zanim się pojawiłeś

  • 15 czerwca, 2016 o 7:05 pm
    Permalink

    Trafiłaś w punkt z tą recenzją. Film za wszelką cenę stara się udowodnić, że życie „zwyczajnych” ludzi należy gwałtownie zmienić albo zakończyć bo jest nic nie warte w porownaniu z „pełnią życia” bogatych, wykształconych i wysportowanych. Szkoda, że nie utracił swój sens w porównaniu z książkowym pierwozorem. Plus, mam wrażenie że momentami był to product placement Dignitasu (wielkie zbliżenie na list do Willa).

    Odpowiedz
  • 16 czerwca, 2016 o 7:24 am
    Permalink

    Dzięki za ten komentarz! Już myślałam, że jestem jakąś paskudną marudą, doszukującą się niepotrzebnie dołujących przekazów:) Okazuje się jednak, że nie jestem odosobniona w swoim sceptycznym podejściu do tego filmu.

    Odpowiedz
  • 16 czerwca, 2016 o 9:34 pm
    Permalink

    Jak wy tak możecie! Ta książka, jak i film, to cudowne przeżycia! Tak perfekcyjnie ukazanego piękna miłości i tragizmu, dawno nikt nie uchwycił!
    Żartuje…mi nawet książka się nie podobała…
    No niech będzie…Uważam ogólnie, że pomysł na historię całkiem ciekawy i był w tym potencjał, a te recenzje które krzyczały „Czytaj! Zakochasz się w tej historii!” tylko zachęciły mnie do zapoznania się z lekturą i wiecie co…naprawdę nie dziwię się, że został przy swoim pragnieniu, a nie z miłością. Nie żebym myślała głównie tak, bo główna bohaterka nie przypadła mi do gustu. Szczerze, to myślałam, że ją polubię. Nieogarniająca życia dziewczyna z chęcią pomocy rodzicom, myślę sobie, miałam taką sytuacje! Zaczęłam czytać i przypomniał mi się mój pobyt w pośredniaku zaraz po szkole średniej, potem jak robiłam gdzieś za marne grosze lub jak opiekowałam się rozpieszczoną księżniczką. Jednak w tej Anglii mają gorzej jak widzę…i można być trochę wybrednym. Aczkolwiek musieli się jakoś poznać, to też trzeba brać pod uwagę. Jednak i tak myślę, że to autorce trochę nie wyszło. Środek wzruszającej i przezabawnej historii…jak dla mnie, całkiem do poczytania dla relaksu. Chociaż szczegółów mogłabym się do kilku spraw przyczepić. Nie chce, bo mi z komentarza powieść wyjdzie. A zakończenie w sumie mi się podobało, lepiej, że tak się stało i pasowało to do charakteru głównego bohatera, pewnie jest szczęśliwszy niż byłby z nią.
    Jest druga część, aczkolwiek niestety nie interesuje mnie co się dalej działo z Lou. Ups…

    Podsumuje to tak:
    1) Książka/film na zmarnowanie czasu idealne!
    2) Postacie w większości szału nie robiły.
    3) Kilka sytuacji było niepotrzebnych.
    4) Pomysł miał potencjał, ale na tym się skończyło.
    5) Bardzo mnie korciło na przyczepienie się do szczegółów.
    6) Ale nie jestem pisarką/scenarzystką, więc moje zdanie można olać, nie napisałabym lepiej.
    7) Dodatkowo nie potrafię pisać krótko i zwięźle.
    8) Przepraszam za chaotyczność komentarza.
    9) Pisałam wszystkie myśli w strasznym skrócie.
    10) Niech ludzie wybaczą mi brak serca na tak smutną historię.

    Minimalistycznie opisałam co myślę o książce/filmie (jest więcej o książce), pozdrawiam i wracam do życia zwykłego szaraka…Może zastanowię się nad uprawianiem sportu aby moje życie było mniej zwyczajne.

    Odpowiedz
    • 17 czerwca, 2016 o 10:20 am
      Permalink

      Dzięki za obszerny komentarz! Spieszę donieść, że sama byłam zdziwiona jak bardzo mnie to przygnębiło, bo w końcu tez jestem w bardzo podobnej sytuacji do głównej bohaterki (wizyty w pośredniaku i brak pomysłu na pracę i przyszłość). Zamiast jednak czuć pokrzepienie czy rozbawienie, zwyczajnie mnie ta Lou wkurzyła. Wychodzi na to, że bez bogatego księcia z bajki nie ma szans na zmianę swojej sytuacji życiowej.
      A sam sport jako sposób na mniej zwyczajne życie może nie wystarczyć. Chyba bez wizyty na egzotycznej wyspie, nurkowania wśród raf koralowych i podróży do Paryża się nie obejdzie:)

      Odpowiedz
    • 22 listopada, 2016 o 7:38 am
      Permalink

      Zgodzę się co do książki. Moim zdaniem jest niestety bardzo słaba napisana, język i sposób podawania opisów jest bardzo ubogi. Na początku obejrzałam film i byłam nim zachwycona i bardzo chętnie zabrałam się za czytanie licząc, na opisy spojrzeń, specyficznej więzi jaka ich łączyła. A jednak okazuje się, że książka nie oferuje wiele więcej w tym temacie, a jest z tym nawet o wiele gorzej. Bohaterka przedstawiana jako radosna i wesoła, w filmie jest taka w 100% a w książce, to naprawdę nudna, nieco depresyjna dziewczyna, która po prostu czasami potrafi się odciąć w przypadku jakiejś zaczepki. Niespecjalnie ona inteligentna czy interesująca, wydaje mi się, że Clarke dała jej o wiele więcej charakteru i nietypowości. Nie podoba mi się również relacja między nimi w książce. W filmie czuć między nimi chemię, to swoiste połączenie dusz i zrozumienie, niepotrzebne są żadne wyznania miłości, bo to co ich łączyło nie da się do końca opisać. W książce mam wrażenie, że on w jakimś stopniu jej pożądał, ale traktował ją bardziej jako projekt, żeby się ogarnęła i zaczęła więcej czerpać z życia – wyczuwałam tu nieco protekcjonalne traktowanie. Także jego decyzja wydaje się nieco bardziej egoistyczna – mówi wprost TY MI NIE WYSTARCZYSZ, chce żyć na swoich warunkach a jak nie mogę to w ogóle rezygnuje. Wiele rzeczy dotyczących jego sytuacji jest tłumaczonych wprost, wciąż i wciąż, a tak naprawdę przemyślenia bohaterki też niezbyt wiele wnoszą. W filmie naprawdę wiele komunikatów pozawerbalnych, kilka scen naprawdę wystarczy, żeby zobaczyć, że cierpi, że nie godzi się na taką wegetację, gdzie zaraz może być z nim tylko gorzej. Bardziej podkreślone jest to, że nie chce jej wiązać ze sobą i zdaje sobie sprawę, że to kiełkujące uczucie może nie przetrwać trudów jakie ich czekają.

      Z dobrych rzeczy na pewno mogę powiedzieć, że często bardzo się uśmiałam szczególnie przy opisu wycieczki na wyścigi konne czy inne. Książka naprawdę bywa zabawna, ale moim zdaniem niezręcznie podaje tematy dotyczące bezrobocia, eutanazji czy gwałtu. Ten wątek również wydawał mi się niepotrzebny, dodatkowo rodzina bohaterki, która cały czas wywyższa jej siostrę – egoistkę razi po oczach i nie wzbudza mojej sympatii.

      Podsumowując książka jest ciekawa, jednak słaby styl, język i prowadzenie niektórych wątków nie pozwala mi w pełni jej docenić. Jako takie czytadło na jedną noc polecam, ale generalnie odsyłam do filmu – jest bardziej wzruszający, ma lepsze postaci i po prostu wzbudza więcej emocji.

      Odpowiedz
      • 22 listopada, 2016 o 10:33 am
        Permalink

        Dziękuję za bardzo obszerną wypowiedź. Mnie osobiście książka (choć to żadne arcydzieło) podobała się bardziej niż film, ale każdy ma w tym względzie swoje własne preferencje. W obu przypadkach jednak uważam, że wiele tematów jest tu potraktowanych zbyt powierzchownie, a zderzenie tego co tragiczne i komiczne, zwyczajnie razi a nie śmieszy. Na Clarke jakoś patrzeć nie mogłam, krzywiła się tak, jakby miała bolesne skurcze twarzy. Za bardzo przerysowana w tej roli ja na mój gust.
        Od miesięcy widuję młode dziewczęta z książkami Jojo Moyes w rękach. Mam nadzieje, że pozostałe dzieła tej pani są nieco głębsze i mądrzejsze.

        Odpowiedz
  • 22 czerwca, 2016 o 6:56 pm
    Permalink

    Film jest denny, pod przykrywką prawdziwej miłości przemyca treści propagujace eutanazję. Ciekawe czy ktoś się zastanowił jak się będzie czuła osoba niepełnosprawna, która obejrzy ten film….
    wniosek z niego jak dla mnie płynie jeden..dopóki jesteś piękny i zdrowy możesz żyć, ale jak ci się zdrowie popsuje to najlepszym rozwiązaniem jest popełnić samobójstwo..
    DNO nad DNA ……

    Odpowiedz
    • 23 czerwca, 2016 o 7:46 am
      Permalink

      Masz rację, a najgorsze jest to, że jeszcze całość opakowali w słodkie durnoty typu rajtuzki w paski i cekinowe trzewiczki plus drinki na plaży. A dzieciaki chłoną ten kicz i się zachwycają:( No albo na poważnie rozprawiamy o chorobach i odchodzeniu, albo się wydurniamy w strojach klownów. Taki miks jak tutaj jest dla mnie niestrawny zupełnie.

      Odpowiedz
    • 22 września, 2016 o 1:21 pm
      Permalink

      Tak, masz rację, podsuwa delikatnie receptę na życie „sprawnych inaczej” a w zasadzie na skończenie życia. Pracuję kilka godz. tyg. z takimi osobami i chyba schowam tę książkę przed nimi, aby nie kiełkowały w ich głowach myśli o eutanazji. Jestem za, że książka stawia na piedestale życie bohatera a nie bohaterki. Długo by o tym dyskutować, można tę historię ponadczasową i jakże często spotykaną zdefiniować słowami: „samo życie”.

      Odpowiedz
  • 7 lipca, 2016 o 12:10 pm
    Permalink

    Trafna recenzja, mnie też się ten film nie podobał.

    Podobnie jak inni komentatorzy również sądzę że film propaguje eutanazję. Mówi masz wybór, jeśli twoje życie nie jest zgodne z twoimi wyobrażeniami, możesz je zakończyć to takie proste. Czyżby?
    Jedyną osobą w filmie która zdecydowanie przeciwstawia się pomysłowi eutanazji jest matka dziewczyny która mówi że nie można popierać morderstwa więc Lou nie powinna jechać do Tima ( który niebawem zamierza przejść w inny wymiar) . Ona jedyna nazywa rzeczy po imieniu. Ostatecznie ojciec bohaterki mówi do Lou – jedź do niego, pożegnaj się z nim , jeszcze zdążysz. Tą scenę odbieram jako takie symboliczne przyzwolenie na eutanazję .

    A można było z tej historii zrobić naprawdę dobry film,z przesłaniem nadziei a tu jednak miałkość zwyciężyła.
    Do „Nietykalnych” ten film się „nie umywa”. Ale cóż fabuła Nietykalnych oparta jest na prawdziwej historii a życie pisze jednak najlepsze scenariusze…

    Odpowiedz
  • 8 lipca, 2016 o 7:16 am
    Permalink

    Uwielbiam film ,,Nietykalni”! To inteligentna, ciepła opowieść o prawdziwych ludziach. A to? Szkoda gadać. Kto z nas ma życie w stu procentach zgodne ze swoimi oczekiwaniami? Czy brzydcy, chorzy, bezrobotni czy smutni mają się po prostu wymeldować?:(

    Odpowiedz
  • 12 lipca, 2016 o 2:27 pm
    Permalink

    Niestety, muszę się zgodzić… Byłaby to całkiem słodziutka i przeciętna bajeczka, gdyby nie to durne przesłanie. Biedne dziewczyny, które się na to nabiorą będą teraz wierzyć w takie bzdurne ideały, jakie ten film podał, a szkoda, bo historia ma potencjał. Jakoś wizualnie też nie jest zły, tak myślę. Kostiumy na przykład były genialne, muzyczka też nie taka zła. Najgorsze właśnie, że spłycili pewne rzeczy do tego stopnia, że w pewnym sensie ten film jest wręcz toksyczny.

    Odpowiedz
  • 28 lipca, 2016 o 8:12 pm
    Permalink

    Wreszcie trafiłam na recenzję, z którą się zgadzam!!! I dodałabym jeszcze, że książka dla mnie wcale nie jest głównie opowieścią o miłości, bardziej o potrzebie bliskości, przyjaźni, trudnych wyborach, o tym, żeby doceniać życie i z niego czerpać. ..miłość jest jakby na dokładkę, co wydaje mi się dużym plusem i nie sprowadza jej do poziomu zwykłego romansidla. Niestety w filmie jest dokladnie odwrotnie…

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia, 2016 o 2:15 am
    Permalink

    Najlepszy komentarz jaki przeczytalam w zyciu. Trafny w 100%. Powinnas byc krytykiem filmowym!

    Odpowiedz
  • 12 sierpnia, 2016 o 11:46 am
    Permalink

    Dziękuję za miłe słowa:) To bardzo motywujące:)

    Odpowiedz
  • 28 sierpnia, 2016 o 6:42 am
    Permalink

    Dziękuję za t recenzję (nie zrozumiałam tylko fragmentu o przemocy na tle seksualnym, ale może nie wyłapałam w filmie). Nie czytałam książki i tak jak tysiące dziewczyn odkąd usłyszałam, że Will chce się zabić, liczyłam, że pod wpływem szczerej miłości będzie chciał jednak żyć. I po obejrzeniu filmu zostałam przybita, zniesmaczona, rozwalona emocjonalnie, wkurzona na siebie, że dałam się zmanipulować – wciągnąć emocjonalnie by zderzyć się ze ścianą. Mogłam to oglądać z bardziej chłodnym umysłem ;) Pomijam irytującą mimikę Lou i jej chyba domalowane (?) brwi, żeby widz nie przegapił absolutnie żadnej emocji, których Lou nie potrafiła przecież kryć, lecz Will wcale nie okazał się taki inteligentny jak go początkowo malowano, bo to kurczowe ponaddwuletnie trzymanie się swojego wizerunku sprzed wypadku i permanentne życie przeszłością było po prostu niemądre i nieżyciowe. Nie do przejścia natomiast jest dla mnie nachalne oswajanie i usprawiedliwianie eutanazji, podawanie go jako rozwiązania. Takie mam wrażenia po filmie. Jak wspomniałam, nie czytałam książki. Cieszę się, że jest grono osób myślących trzeźwo i że trafiłam na tę recenzję.

    Odpowiedz
    • 30 sierpnia, 2016 o 11:00 am
      Permalink

      Dziękuję za ciekawy komentarz.
      A z przemocą seksualną chodziło mi o to, że w Lou jest taka kolorowa i pozytywna na siłę bo w przeszłości padła ofiarą gwałtu. Niestety w filmie tego nie wyjaśniono, więc nasza amantka uchodzi zwyczajnie za barwną ekscentryczkę.
      Do dziś ten film wydaje mi się bardzo niesprawiedliwy w stosunku do osób mniej urodziwych i biedniejszych niż Will, które znalazły się w podobnej sytuacji. Zapewne było im bardzo nieswojo podczas takiego okrutnego seansu.

      Odpowiedz
  • 27 października, 2016 o 8:57 pm
    Permalink

    Rany, a już myślałam, że świat zwariował. Dokładnie ujęłaś sedno w tej recenzji. Nie czytałam książki, ale w filmie dało się wyraźnie odczuć to przesłanie o którym pisałaś: ” Albo żyję tak jak chcę, albo strzelcie mi w łeb”. Tragiczne to społeczeństwo, które zachwyca się takimi rzeczami, ale cóż, taki obecnie mamy klimat.

    Odpowiedz
  • 28 października, 2016 o 7:27 am
    Permalink

    Smutne jest to, że wielbicielkami tego rodzaju literatury są zazwyczaj młode kobiety albo wprost dziewczynki. Strach pomyśleć co będzie jeśli postanowią brać przykład z postawy życiowej ukochanych bohaterów. W najgorszym wariancie każde życiowe niepowodzenie czy kłopoty zdrowotne powinny się kończyć ,,romantyczną” eutanazją.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *