Alibi na szczęście Anny Ficner-Ogonowskiej

Normalnie nie interesuje mnie zupełnie literatura kobieca ,,niższych lotów”, ale dla pani Ficner-Ogonowskiej postanowiłam zrobić wyjątek. Kobieta dokonała cudu, ponieważ skłoniła do czytania bardzo wiele bliskich mi osób i to takich, które w ogóle książek nie czytają (ale tak zupełnie nic). Nie myśląc długo, sięgnęłam ochoczo po to opasłe tomiszcze, by na własne oczy się przekonać, dlaczego czytelniczki nie mogą się oderwać od serii ze szczęściem w tytule.

Powiem wam szczerze, że był to jeden z najtrudniejszych czytelniczo tygodni, z jakimi musiałam się zmierzyć. Zauważyliście zapewne, że rzadziej pisałam, a to wszystko dlatego, że czytałam te szmirę. Jak już zaczęłam to nie chciałam się poddawać, choć do kolejnych części cyklu nie dam się już nikomu przekonać. To był koszmar! Prawdziwa trauma! Naprawdę nie rozumiem jakim cudem coś tak głupiego tak dobrze się sprzedaje. To znaczy rozumiem, ale wciąż nie wierzę.

Podejrzewam, że do cieplusieńkiego harlequina by Ficner-Ogonowska zachęca wiele (chyba jednak starszych) kobiet roztaczana tu wizja życia, jakiego same nie mają, a bardzo chciałyby mieć. To jakby takie literackie, skondensowane M jak Miłość czy jakiś inny Klan. Główna bohaterka, Hanusia, jest grzeczniutką i poukładaną młodą polonistką ze stolicy, której całą rodzinę skasował w wypadku samochód. Od tamtej chwili nie może się ptaszyna pozbierać, ale wiadomo, że w końcu miłość jej pomoże. Nim da się uwieść przystojnemu cieplakowi Mikołajowi, balsamem dla jej skołatanej duszy są słowa przyjaciółki Dominisi, koleżanki Aldonki, a także cioci Anusi i pani Irenki (bo wszystko tu musi być zdrobniałe i polukrowane).

Durna Hanusia zajmuje się głównie słabnięciem, mdleniem i zasypianiem w dziwnych miejscach, a gdy akurat tego nie robi, to prowadzi uwłaczająco durne, sztywne i puste dyskusje ze starszymi kobietami, głównie na temat boskich zrządzeń. Mimo iż nauczycielka, to jednak mieszka w ogromniastej willi, ma ogrodnika i sprzątaczkę, a do liceum w którym uczy, dojeżdża lexusem. Taka już jest bogata z domu.

Odkąd zaczęłam czytać to badziewie, moim największym marzeniem jest to, by ktoś napisał piątą książkę o tej dziamdzi i jej psiapsiółach, w której wszystkie giną długą i bolesną śmiercią. Słowo daję, należy im się. Myślicie pewno, że piszę tak z zazdrości, ale to raczej podziw. Szczerze podziwiam panią Ficner-Ogonowską, która sama też jest nauczycielką i pomimo ciągłego obcowania z najlepszymi książkami, jakie w naszej cywilizacji powstały, nie wstydziła się wypuścić czegoś aż tak żenującego. Podziwiam też jej czytelniczki za ogromną cierpliwość. Przecież one grzęzną i prą na przód przez fabułę, którą można streścić w trzech zdaniach, a ma tych stron podobno ponad dwa tysiące. Sama czuję, że gdybym musiała przeczytać choćby dziesięć stron więcej, to popełniłabym samobójstwo z rozpaczy nad beznadziejnością Alibi na szczęście.

Myślicie może, że przesadzam. W takim razie sami spróbujcie. Zobaczymy czy nie znienawidzicie Haneczki tak samo jak ja, na przykład za jej banalne cytaty z Romea i Julii (no oczywiście!), bredzenie o Bogu, no i za rubaszne suchary, jakimi się wymienia w rozmowach z przyjaciółkami. O jakże mnie wkurza to, że każda rzecz jakiej używa lub na jaką spojrzy jest nazywana jej ulubioną! Gorsze jest chyba tylko to pedantyczne i świętoszkowate nadęcie oraz wypowiadanie zdań jakie tylko polonistka może wypowiadać (mdłe metafory i słowa typu ,,murmurando” czy ,,dźwiękonaśladowcze”). Wkurza mnie też, że według Ficner-Ogonowskiej, kobiety występują tylko w dwóch typach – żywiołowa, ale kochana wariatka oraz stateczna nudziara. Sama Hanka to stara maleńka, a większość jej znajomych to dojrzałe ciotunie dzielące się z nią mądrością życiową. O jakże ja nienawidzę dzielenia się mądrością życiową!

Na szczególną uwagę i laur beznadziei dekady zasługuje to, jak autorka (bo przecież nie pisarka) opisuje relacje i język młodych ludzi. Czy jest coś gorszego niż starsza osoba siląca się na młodzieżowy język. Aż tak zażenowana dawno nie byłam, a sama przecież pracowałam w szkole i niejednego się nasłuchałam.

Najgorsze jest to, że chyba to mi się z założenia powinno podobać, skoro sama jestem polonistką (co prawda nieco nieudolną i dyslektyczną), a w dodatku sporą część swojego czasu spędzam z książką, kotem i kocykiem. Tymczasem chyba niemożliwe jest byśmy się z Hanusią zaprzyjaźniły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *