Twarz

Małgorzata Szumowska nakręciła film o polskości, którym jeszcze przed polską premierą oburzały się tłumy domorosłych krytyków filmowych. Głównym punktem krytyki stała się inspiracja prawdziwymi wydarzeniami, która nie jest stuprocentowa. Chodzi o to, że pan Grzegorz Galasiński został po zabiegu przeszczepu twarzy bardzo dobrze przyjęty przez mieszkańców małej miejscowości, w której żył, a filmowego bohatera spotyka coś wprost odwrotnego. Jak dla mnie nie ma się czym oburzać, bo to przecież tylko inspiracja, nie dokument. Mam nadzieję, że mimo mieszanych opinii i oskarżeń o antypolskość, na Twarz pójdą tłumy, bo to naprawdę dobra komedia, na której można się i pośmiać, i wzruszyć.

Taka piękna Polska

Pierwszym, co się rzuca w oczy jest to, że nasz kraj jest taki piękny na ekranie, a ludzie tacy nieestetyczni. Poznajemy młodego mężczyznę o imieniu Jacek (Mateusz Kościukiewicz), który mieszka ze swą liczną rodziną w małej wiosce ukrytej gdzieś na końcu świata, pośród gór i jezior (czyli standardowy polski krajobraz). Przed nim całe życie, a póki co cieszy się z bycia tu i teraz, robiąc jednocześnie plany wyjazdu do Londynu i dorobienia się prawdziwych pieniędzy. Póki co pracuje przy budowie wielkiego Jezusa w stylu Świebodzinejro, hasa z psem po lasach, śmiga po krętych drogach podrasowanym maluchem i chodzi na wiejskie dyskoteki ze swoją dziewczyną, Dagmarą (Małgorzata Gorol). To całkiem zwyczajne i szczęśliwe życie przerywa wypadek budowlany, na skutek którego Jacek musi być poddany operacji przeszczepu twarzy. Niestety, gdy po wielu miesiącach powraca do domu, jego bliscy, przyjaciele i sąsiedzi podchodzą do niego z rosnącą podejrzliwością, a potem wręcz z wrogością. Nagle okazuje się, że wcale najbardziej nie liczy się serce, to co w środku, a nawet wieloletnie więzi, lecz to, jak ktoś wygląda. Ludzie nie potrafią w lekko spuchniętej twarzy z przymkniętym okiem, mówiącej bełkotliwie, ale zrozumiale, dopatrzyć się tego fajnego chłopaka, którego tak wszyscy kochali.

Nie tylko sam Jacek ma kłopot z twarzą, bo ma go także betonowy Jezus, ale to już musicie zobaczyć sami, żeby poczuć ten absurd. No i oczywiście Twarz jest też bardzo udanym zbiorowym portretem naszej narodowej facjaty. Udało się Szumowskiej trafić w sedno i pewno to wszystkich boli.

Wszystko po bożemu

Gdyby portret jaki wystawia nam to dzieło nie miał tyle wspólnego z pierwowzorem, nie byłoby w kinie tyle radości. Tymczasem śmialiśmy się wszyscy do łez bo przecież „ten szwagier taki podobny do naszego”, „mamusia zachowała się zupełnie jak nasza babcia” i nawet „ksiądz dobrodziej taki pazerny i obłudny jak nasz”. Śmieszą wsiowe rytuały, jak pasterka po pijaku, czy wystawna pierwsza komunia dziecioków, ale znamy to wszyscy, z tego jesteśmy i to czuć w każdej scenie. Jednocześnie rodzi się w widzu oburzenie na mechanizmy rządzące tą małą społecznością. Niby sami chrześcijanie, zagorzali katolicy, a jednak paskudnie zawistni, egoistyczni, skłonni do cielesnych uciech, a momentami wręcz okrutni i bezwstydni. Jezusek się buduje największy na świecie, ale lokalsi nie są w stanie okazać miłosierdzia nawet swemu ulubieńcowi, wesołemu Jackowi. Aż samo się nasuwa pytanie o to, jak by potraktowali kogoś obcego i zaraz mamy odpowiedź, bo wiemy z mediów jak się takie relacje mogą układać.

Wszystko jest tu nie śmieszne, ale śmieszno-straszne. Jest gorycz w tym, że pies nazywa się Cygan, że prawdziwych Cyganów biskup ma za muzułmanów, że zabicie świni w tak zwierzęcy sposób cieszy głodomorów. Arcypolakiem, uosobieniem wszystkiego, co mamy w sobie najgorsze jest szwagier, grany znakomicie przez Tomasza Talarczyka. Przez te półtora godziny seansu nienawidziłam buca od pierwszej do ostatniej minuty. Oto prawdziwy Janusz, król wioskowych dziadów z brzuchem i w swetrach, gotowych sprowadzić do parteru każdego, kto choć odrobinę się wyróżnia. Jego reakcja na plany Jacka, czy to, co robi nad grobem dziadunia, wywołują dreszcze żenady i przywołują najgorsze wspomnienia znad rodzinnego stołu. Jego przeciwwagą jest żona, siostra Jacka, której imienia nie poznajemy, a grana jest przez wspaniałą, świeżą i oryginalną Agnieszkę Podsiadlik. To jest ta dobra strona polskości, porządna, normalna (nie licząc spraw spadkowych), opiekuńcza i kochająca kobieta, która jako jedyna ma serce dla chorego brata. Miedzy tą dwójką jest całe spektrum typów ludzkich, wśród których każdy widz znajdzie swojego ulubieńca. Ja jestem pod wrażeniem księdza (Roman Garncarczyk), łączącego w sobie całą lepkość i podłość kościoła, na którą mam wprost uczulenie. Seria scen ze spowiedzią to dzięki niemu prawdziwa perełka.

Wypadałoby jeszcze wspomnieć o panu Kościukiewiczu, który nie należy do moich ulubionych aktorów. Zawsze mnie dziwi, że ktoś z taką ekspresją twarzy i z takim sposobem mówienia, został aktorem. Tu jednak pasuje idealnie, bo mało mówi, a przez większość czasu ma na sobie jeszcze grube warstwy charakteryzacji. Jego bohatera naprawdę można polubić, to taki chłopak z sąsiedztwa. Bardzo podobał mi się w scenach z dziadkiem, ale tę z najbardziej repulsywnym pocałunkiem w dziejach kina (zobaczycie, to zrozumiecie), wolałabym odzobaczyć.

Idźcie na Twarz, bo to ciekawa, mądra, intrygująca historia, w dodatku oryginalnie sfilmowana. Na długo zapamiętam te częściowo rozmyte kadry. Nie jest to Cicha noc, choć bardzo blisko Twarzy właśnie do tego filmu. No i gdyby grał tu Ogrodnik, ludzie płakaliby ze wzruszenia, ale nawet z Kościukiewczem da się oglądać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *