Bejbi blues

Z okazji niedawno obchodzonego Dnia Matki, postanowiłam obejrzeć sobie coś długo odkładanego, ale bardzo w klimacie, czyli Bejbi blues Katarzyny Rosłaniec. To był błąd. Źle jest pokazywać podobne rzeczy osobom, które mają dzieci, ponieważ będą one narażone na silne negatywne emocje. Równie źle jest je pokazywać komuś, kto potomstwa nie posiada, ponieważ już na zawsze może się zniechęcić do macierzyństwa.

Historia jest z gatunku takich, jakie słyszy się codziennie. Nastolatka zachodzi w ciążę, rezygnuje ze szkoły i rodzi dziecko. Jak można się domyślać, jest z rodziny patologicznej (niesamowite, prawdziwe polskie w duchu określenie) lub co najmniej dysfunkcyjnej, ponieważ jej matka, jeszcze sama bardzo młoda, również ją samotnie wychowała (a raczej zupełnie nie wychowała). Kręcone dość niedbale, z reportażowym zacięciem, realistyczne sceny, pokazują nam kolejne stadia porażki opiekuńczo-wychowawczej, nie tyle samej 17-latki, ale całego społeczeństwa polskiego, które zamiast dojrzałych wartościowych ludzi, produkuje materialistów i egoistów. Całe otoczenie matki z dzieckiem jest chore, a przecież nie różni się za bardzo od tego z czym na co dzień każdy z nas ma styczność. Nie ma tu ani jednej osoby wydolnej rodzicielsko. Mamy za to prawdziwy katalog wad ojców i matek, a nawet dekalog ich przewinień. Na pierwszym miejscu jest oczywiście zaniedbanie, to materialne, gdy brakuje pieniędzy na jedzenie (ciekawe swoją drogą, że połowa dialogów kończy się uciszaniem dziewczyny pieniędzmi), ale też i psychiczne, gdy nawet dobrze sytuowani rodzice wolą nie widzieć co się dzieje z ich dziećmi. Bejbi blues to ,,hymn pochwalny” bezstresowego wychowanie, które kończy się tragicznie dla tych, którzy powinni na tym najwięcej skorzystać. Gdybym miała komuś wyjaśnić, czego rodzic nie powinien robić dziecku, pokazałabym mu właśnie film Rosłaniec.

Podejrzewam, że nawet mimo nie najlepszych recenzji, Bejbi blues obejrzało i jeszcze obejrzy wielu ludzi (nastolatków na przykład, bo pełno tu chudej golizny, i pedagogów, bo ,,taka prawda o młodych ludziach bije z ekranu”). Swoją drogą chętnie obejrzałabym wreszcie film o młodzieży, której nic nie dolega i która choć w części jest tym, czym sądzą, że jest zacni rodzice. Mam jednak przeczucie, uzupełnione wieloletnimi szkolnymi obserwacjami, że to tylko pobożne życzenie, bo takich ludzi już nie ma.

Zakończę może stwierdzeniem, że film Bejbi blues zapamiętam ze względu na dwie rzeczy, a mianowicie na ścisłe powiązanie tej opowieści z historią Matki Małej Madzi, oraz na fakt, że mieliśmy tu okazję obejrzeć najbardziej żenujący występ Mateusza Kościukiewicza jak do tej pory.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *