Terry Pratchett, Ciekawe czasy (audiobook czyta Ireneusz Załóg)

Nadal pozostajemy w klimacie specyficznego brytyjskiego humoru. Zaglądanie do magicznego świata Ankh-Morpork (pamiętacie zapewne, że mieszkam w podobnym do tego fikcyjnego miejsca mieście i chyba nigdy nie przestanie mnie bawić wyszukiwanie podobieństw między nimi) to od lat najlepszy dla mnie sposób na poprawę humoru. Co by się nie działo w moim życiu, dowcip Terry’ego Pratchetta niezawodnie mnie bawi i pozwala spojrzeć na wszystko z odpowiedniego (czyli kosmicznego) dystansu. Choć z powodu śmierci autora nic nowego już się w tym temacie nie pojawi, to pozostaje nam jednak doceniać jego wielką pracowitość, dzięki której powstało tak wiele książek, którymi można się wciąż na nowo delektować. A gdy już znudzi wam się czytanie, zawsze można posłuchać:).

Rincewind znowu w tarapatach

Gdy najgorszy mag na świecie, człowiek, którego nieodmiennie potrafią znaleźć w każdym miejscu nie tylko wszelakie kłopoty, ale także jego wyposażony w liczne odnóża bagaż, czyli Rincewind, znajduje wreszcie odpowiednio bezpiecznie i nudne miejsce do odpoczynku, magowie z Niewidocznego Uniwersytetu przypominają sobie o nim. Jak powszechnie wiadomo, jeśli tęgie głowy z NU coś do ciebie mają, to jedynym dobrym ruchem w tej sytuacji jest ucieczka. Niestety, Rincewind nie zdążył zwiać na czas, dlatego też wysłano go na Kontynent Przeciwwagi, do tajemniczego Imperium Agatejskiego (połączenie chińskich, japońskich i północnokoreańskich klimatów). Mieszkańcy tego dziwnego kraju prosili o największego z możliwych magów i takiego właśnie dostali, gdyż Rincewind miał dokładnie taki napis na ulubionej czapce. A że talentu magicznego nie ma chłopak za grosz, to już zupełnie inna sprawa. Zaraz po wylądowaniu w obcej krainie, Rincewind przekonuje się, że wszystko jest tu zupełnie na opak niż się mówi. Cesarz i jego armia urzędników władają twardą ręką, głodząc i męcząc biednych obywateli (którzy w przeważającej części są uprawiającymi ryż rolnikami lub kucharzami próbującymi upichcić coś ze zwierzęcych odpadków, głównie sierści), a ci, bojąc się wszechobecnej inwigilacji, z uśmiechem twierdzą, że wszystko jest w porządku. Na szczęście ta sytuacja nie potrwa długo, gdyż z jednej strony młodzi rewolucjoniści szykują się do buntu (zainspirowani książką o tym co Dwukwiat, dawny towarzysz Rincewinda, widział na wakacjach), a z drugiej, u bram stolicy już szykuje się do ataku armia zwana (głównie przez siebie samą) Srebrną Ordą. Przywódcą ordy siwowłosych seniorów jest geriatryczny fenomen Cohen Barbarzyńca, który wraz z gromadą połamanych przez reumatyzm, szczerbatych i niedosłyszących kamratów, postanowił dokonać kolejnego heroicznego czynu, czyli zdobyć miasto. Ku ogromnemu zdziwieniu Rincewinda i nas, czytelników, wszystko wskazuje na to, że mu się to uda.

Barbarzyńscy seniorzy lepsi od Marco Polo

Słuchałam Ciekawych czasów w tym samym czasie, w którym oglądałam drugą serię Marco Polo i muszę przyznać, że przy audiobooku lepiej się bawiłam. Produkcja telewizyjna, podobnie jak powieść fantasy, także sprawiała wrażenie wesołej i swobodnej wariacji na temat, tyle że zrobionej nieco na siłę i przez osoby w bardzo niewielkim stopniu obdarzone poczuciem humoru. A w powieści aż skrzy od błyskotliwych dialogów i humorystycznych opisów.

Zapewne was nie zdziwi, że do moich absolutnych ulubieńców należy postać Cohena, która tutaj wydaje się być bardzo ciekawą mieszankę postaci Conana Barbarzyńcy i historycznego Czyngis-chana. Ten nieco już nadgryziony zębem czasu heros nadal jest mocarny, a do tego rozczula i bawi swą żelazną logiką bezwzględnego najeźdźcy. Tego jak rozmawia z innymi członkami Srebrnej Ordy albo z Saveloyem (którego nazywa Uczem), mogłabym słuchać bez końca.

Oczywiście, jak wszędzie tam gdzie pojawia się Rincewind, jestem też pod wrażeniem wielkiej woli przetrwania i pomysłowości tej postaci. Podróżnik i największy pechowiec we wszystkich możliwych wszechświatach, wypracował swój własny kod, dzięki któremu nie został do tej pory zabity, choć okazje ku temu pojawiają się średnio raz na pięć stron. No coś fantastycznego!

Czytam Pratchetta już od dziesięciu lat, ale za każdym razem zadziwia mnie jego pomysłowość i inteligencja. Co za mistrzostwo w wymyślaniu olejnych postaci i wątków, a jak ta akcja pędzi, gdy się ją odpowiednio skomponuje z krótszych i dłuższych fragmentów! Tylko on tak potrafił:)

Większej części tego audiobooka przesłuchałam w pociągu (co za wygoda dla osób mających chorobę lokomocyjną, wykluczającą kontakt wzrokowy z literkami podczas jazdy) i przy fragmentach opisujących na przykład armię terakotową czy wygląd agatejskiego alfabetu, miałam taki uśmiech na twarzy, że aż się inni pasażerowie oglądali. Nie muszę chyba pisać, że była to moja najprzyjemniejsza podróż PKP jak do tej pory. Ciekawe czasy w słuchawkach i nawet zapach z toalety czy zepsuta pociągowa klimatyzacja mi nie straszne.

Audiobooka wysłuchałam dzięki Bibliotece Akustycznej – link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *