Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marty Sapały

Jak tylko przeczytałam wywiad z autorką w Wysokich Obcasach, wiedziałam, że moja rodzina nie obejdzie się bez tej książki. O minimalizmie w polskich warunkach? Muszę ją mieć! A że niestety sama uważam się za minimalistkę i nie kupuję rzeczy bez wcześniejszego długiego namysłu i dobrego powodu, czekałam aż do świąt by kupić ją i podarować mężowi w prezencie. W końcu to on jest odpowiedzialny za najważniejsze aspekty naszej domowej ekonomii i z pewnością chętnie się dowie jak oszczędzać jeszcze skuteczniej. Niestety, muszę się przyznać, że książka Marty Sapały jest tak wciągająca i intrygująca, że przeczytałam ją przed mężem, a teraz mi głupio, bo to w końcu jego prezent. No ale każdy, kto zetknął się z Mniej, z pewnością mnie zrozumie. Wyrozumiale spojrzy na mnie każdy, kto podczas lektury snuł plany czyszczenia szaf, wystawiania nietrafionych prezentów i zbędnych książek na Allegro oraz sprawniejszej organizacji zakupów spożywczych, a potem odkładał książkę i ochoczo te plany realizował.

Minimalizm to czy oszczędność?

Mniej jest opisem eksperymentu jakiemu autorka poddała siebie i kilkanaście innych osób (wraz z rodzinami). Założeniem projektu trwającego od kwietnia 2012 było ograniczenie na rok zbędnych wydatków praktycznie do minimum, dokładne opisywanie nie tylko słupków cyfr ale i procesów psychicznych zachodzących w czasie ,,minimalizowania się” i oczywiście porównanie tego, co dla kogo oznacza właściwie minimum. Poznajemy w ten sposób bardzo blisko, a nawet intymnie, bo wszak zawartość portfela jest kwestią szalenie intymną, uczestników projektu. Są w tej grupie zarówno mieszkańcy stolicy, innych dużych i małych miast, a także wsi. Otrzymujemy zatem całkiem obiektywny (na ile to możliwe w projekcie nadzorowanym przez warszawską dziennikarkę) przekrój polskiego konsumpcjonizmu.

Oprócz comiesięcznych przemyśleń i podsumowań poczynań uczestników eksperymentu, otrzymujemy także wiele twardych statystycznych danych dotyczących naszych finansów. Z tej książki dowiadujemy się na przykład ile przeciętnie kosztuje wyprawienie Wigilii, a ile śniadania wielkanocnego. Koszty zagranicznych, krajowych wakacji, biletów komunikacji miejskiej oraz szkolnej i przedszkolnej wrześniowej wyprawki. Bardzo to wszystko pouczające i dające do myślenia. Jestem pewna, że czytelnicy jeszcze długo po lekturze będą przeliczać wszystkie elementy otaczającej ich rzeczywistości na złotówki i procenty, zapewne z dogłosem otwieranej kasy sklepowej w tle. Wiem, że ja na pewno.

Osobom, którym antykonsumpcjonizm jest zupełnie obcy, eksperyment Marty Sapały może się wydawać jakimś dziwactwem i fanaberią. Ograniczać się w wydatkach i to dobrowolnie, gdy stać nas na kupowanie? Przecież wszyscy chcą mieć wszystkiego dużo, jeszcze więcej i na bogato! Otóż okazuje się, że nie wszyscy. Coraz więcej jest osób, które są zwyczajnie zmęczone przerabianiem nowych trendów i pomysłów, wymienianiem ubrań, butów, mebli i samochodów na projekty z nowszych kolekcji (to całe harowanie by móc kupić rzeczy, których się nie potrzebuje). Są wśród nas też tacy, którym zwyczajnie los naszej biednej, nie mieszczącej już na sobie wszelakiego śmiecia planety leży na sercu. Są tacy, którzy wybierają jakość nie ilość, szczególnie jakość życia wiążącą się, ze świadomością ekonomiczną. No i najważniejsze, są też tacy (i to w ogromnej ilości), których zwyczajnie nie stać na ciągłe kupowanie i to chyba im najbardziej dedykowana jest ta książka (choć wcale nie tania czy łatwa do zdobycia). To jest też powód, dla którego ja zdecydowałam się na ograniczenia, choć wcale nie musiałam aż tak ciąć wydatków. Wolę wcześniej wiedzieć jak to jest nie móc czegoś kupić, przepracować to i poradzić sobie w bezpiecznej przestrzeni z poduszką finansową, niż kiedyś, gdy przyjdą chudsze lata, być od razu wrzuconą na głęboką wodę. Uważam też, że każdy, choćby najbogatszy (a może zwłaszcza) powinien poddać siebie i swoją rodzinę takiemu właśnie eksperymentowi. Dobrze jest poczuć to co muszą czuć ci, których nie stać na kupno nie tylko zbędnych, ale czasem i niezbędnych rzeczy, nie tylko dla siebie ale i dla swoich dzieci. To budzi w człowieku wielkie pokłady empatii.

Mam tylko wątpliwości, czy to jest rzeczywiście minimalizm. W moim przekonaniu, jest to raczej zwyczajna oszczędność i gospodarność. Minimalizm, zapewne za sprawą Dominique Loreau, wiąże się dla mnie z ograniczeniem głupich, niepotrzebnych wydatków, ale nie dla samego chomikowania złotóweczek, a po to, by nadwyżki przeznaczać, na wysokiej jakości, piękne przedmioty i ,,kupienie sobie” luksusu wolnego czasu. Minimalizm jest kwestią smaku, a świadoma konsumpcja to raczej rozsądek i zaradność.

Zadziwienia

Czytając Mniej po raz pierwszy od dawna poczułam się jak wśród swoich. Odkąd bowiem zostałam minimalistką (takie postanowienie noworoczne, którego dotrzymałam i przeciągnęłam na trzy lata już) mam pewne problemy z wyobcowaniem. Wszyscy dookoła chcą więcej i nie bardzo rozumieją, dlaczego idę w drugą stronę. Bohaterowie książki Sapały są jak ja i z prawdziwym wzruszeniem czytałam o ich perypetiach, tak podobnych do moich sprzed lat. Mnie także nie są obce dylematy w stylu ,,potrzebne mi to, czy nie?” lub ,,czy mogę oszczędzać też na bliskich, czy tylko na sobie?”. Bezgotówkowe zdobywanie żywności (poprzez wymianę, miejskie i leśne zbieractwo, uprawę działki czy balkonowego ogródka), książek, czasopism, ubrań i mebli to absolutnie fascynujące tematy. Szybko okazuje się jak jesteśmy zmanipulowani, a wręcz popsuci przez rynek. Fantastycznie było obserwować, jak odzyskując panowanie nad swoim portfelem, zminimalizowani konsumenci stają się również bardziej otwarci na innych ludzi i swoje otoczenie. Ze świadomą konsumpcją jakoś nagle nierozerwalnie zaczęły się wiązać tematy społeczne, dydaktyczne, ekologiczne, a nawet dietetyczne. Na początku uczestnikom eksperymentu jest ciężko, a potem można odnieść wrażenie, że uzależniają się od nowego stylu życia. Gdybym nie była taką sknerą, każdemu kogo znam kupiłabym tę książkę.

Podczas czytania Mniej doznałam wielu pozytywnych i negatywnych zadziwień. Te pozytywne wynikały z podobieństwa moich odczuć do tego, co przeżywały kobiety biorące udział w projekcie. Poczucie wykluczenia, zdziadzienia i zapuszczenia nie jest jednak tylko moim wymysłem, a jak się okazuje naturalnym stanem kogoś, kto zaczyna się zastanawiać nad tym co i gdzie wydaje.

Wiele miałam też negatywnych zadziwień, głównie wynikających z tego, co kto uważa za ,,zbędne” lub ,,minimum”. Zdecydowanie jest mi bliżej do uczestników z mniejszych miejscowości i wsi, którzy szczerze i bezlitośnie okroili co mogli, oszczędzając nawet na służbie zdrowia czy jedzeniu, niż do rodzin, które w moim odczuciu tylko się bawią w oszczędzanie, a jak przychodzi co do czego, to zaprzepaszczają efekty oddając się kompulsywnemu szaleństwu zakupowemu lub jadąc na zagraniczne wakacje. Zagraniczne wakacje to fanaberia nie mieszcząca się w moim światopoglądzie! Muszę też jednak dodać, że dzięki tej lekturze zobaczyłam do jakiego stopnia minimalizm opanował także moje życie i jak to wpływa na to jak patrzę na innych ludzi. No bo w sumie co mnie obchodzi ile i gdzie ktoś wydał? Ludzie są różni, także w kwestii tego ile mogą sobie odmówić. Niby oczywistość, a dotarła do mnie dopiero teraz.

I jeszcze jedno. Dzięki Mniej dowiedziałam się o filmie Spisek żarówkowy, a także o japońskiej sieciówce Muji, za co jestem autorce bardzo wdzięczna. Ach, jakże mnie teraz kusi, żeby zabrać się za opisywanie mojego prywatnego, trzyletniego już eksperymentu minimalistycznego. To by dopiero było dziwo i kuriozum.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *