Vegano Italiano. Wegańskie smaki tradycyjnej kuchni włoskiej, Rosalba Gioffre

Zacznę przekornie, bo od wyznania, że nie jestem wielką fanką książek kucharskich. W obszernych zbiorach przepisów nigdy nie podobały mi się rygorystyczne listy składników oraz konieczność odmierzania mąki, cukru czy oleju w gramach i mililitrach. Te wszystkie ceregiele to nie dla mnie. Zresztą całe życie towarzyszyło mi poczucie, że spożywczo i tak sobie poradzę, jako córka i wnuczka tradycyjnych polskich gospodyń, od wczesnego dzieciństwa przyuczana (a czasem przymuszana) do poznawania tajników kuchni polskiej i robienia wszystkiego od podstaw. Nawet przejście na weganizm nie zmieniło mojego przekonania, a nawet je umocniło, gdyż jeśli ktoś całe życie lepił pierogi, kroił wymyślne sałatki i warzył wieloskładnikowe zupy, to z pewnością poradzi sobie i z szukaniem dla każdej potrawy wegańskich zamienników (ależ byłam z siebie dumna gdy samodzielnie wpadłam na to jak zrobić wegańską zasmażkę czy beznabiałowe pierogi ruskie). W te wakacje jednak przekonałam się do książek kucharskich, właśnie za sprawą Vegano Italiano. Dla mnie to prawdziwy przełom.

Wege starter pack

Zaczęło się od tego, że całe wakacje byłam chora i nie mogłam jeść. Brak apetytu to coś paskudnego, zwłaszcza jeśli ciągnie się długie tygodnie. By się jakoś ratować (psychicznie i fizycznie) zaczęłam oglądać mukbangi na Instagramie (to te filmiki na których uroczy Azjaci wcinają makaron i siorbią), a gdy to przestało działać, sięgnęłam po Vegano Italiano w nadziei, że zainspirują mnie pyszne wegańskie przepisy. Poskutkowało! Poczułam się lepiej, a gdy wydobrzałam nieco, od razu zapragnęłam wypróbować receptury w praktyce. Tym, co mnie urzekło w tej książce, był przede wszystkim wszechobecny luz autorki, która nie wymaga laboratoryjnej precyzji przy odmierzaniu składników. Zachwyciła mnie także jej kreatywność (te wszystkie przepisy na racuchy warzywne i desery!) oraz talent edukacyjny. Zdecydowanie jest to książka, która może i dla mnie nie niezbędna, ale którą z wielką radością podarowałabym każdemu, kogo lubię, a kto jeszcze nie jest na diecie wegańskiej.

Za najbardziej wartościową część tej książki kucharskiej uważam trzy pierwsze rozdziały, czyli Kuchnię domową, W wegańskiej spiżarni oraz Podstawowe potrawy. Już nigdy nikomu nie będę musiała tłumaczyć od czego zacząć roślinną przygodę w kuchni, bo tutaj wszystko jest opisane znacznie lepiej niż sama bym to kiedykolwiek zrobiła. Nawet jeśli nigdy nie ugotowaliście sobie nawet makaronu, po tych informacjach wstępnych znakomicie poradzicie sobie z klasycznym pesto, sosem beszamelowym czy idealnym wegańskim ciastem francuskim. Jest to taki mini przewodnik dla osób totalnie zielonych w kwestii weganizmu, którzy chętnie się dowiedzą jakie mają opcje, tzn. jakie mamy na przykład mleka roślinne lub czy w ogóle można zrobić wegański ser (rzecz, za która rezygnując z nabiału tęskni się najbardziej). Mam skrytą nadzieję, że nie tylko wiele osób ucieszę tą książką (brak pomysłów przestanie już być wymówką), ale też, że innym skutecznie zamknę usta w sytuacji, gdy będą mnie przekonywali choćby o tym, że dobry makaron, czy tarta nie mogą istnieć bez jajek.

Lokalnie i sezonowo

Sednem tego smakowitego tomu kulinarnego jest jednak 150 przepisów na przekąski, dania główne i desery, które zostały dla ułatwienia podzielone na cztery pory roku. Ucieszyłam się, że zapowiedzi i recenzje okazały się prawdziwe i receptury rzeczywiście są dość łatwe i szybkie w przygotowaniu (osobiście nie uznaję dłuższego niż pół godziny dziennie przesiadywania w kuchni). Bardziej jeszcze cieszy to, co jest przed przepisami, czyli historie wprowadzające, wyjaśniające nam co wyjątkowego dla autorki jest akurat w tej konkretnej potrawie. Są to opowieści o regionie, z którego pochodzi Rosalba Gioffre, o dzieciństwie i o czasie spędzonym z najbliższymi w kuchni i przy stole. A że przy okazji wszystko to prowadzi do powstania wspaniałych wegańskich przepisów, jeszcze milej się robi na sercu podczas czytania, bo efekt końcowy nie jest okupiony krzywdą niewinnych zwierząt. Same pozytywne emocje dla czytelników :)

„Niech ta książka będzie dla was zaproszeniem do zmiany nastawienia w kwestii kuchni wegańskiej. Te przepisy to tylko przykład. Zróbcie podobnie jak ja. Niech punktem wyjścia będzie dla was najlepiej wam znana kuchnia, używajcie znanych wam składników. Zobaczycie, jak łatwe okaże się serwowanie przepysznych, wegańskich dań i jak mało wyrzeczeń będzie was to kosztować”.

Takie nastawienie bardzo mi się podoba, bo jest wyjątkowo bliskie także duchowi kuchni polskiej, której dania, podobnie jak włoskie, łatwo przerabiać na wersje wegańskie. Włosi, tak jak Polacy, tworzyli w kuchni głównie to, co było pod ręką i co można było zdobyć stosunkowo tanim kosztem. Mamy zatem do czynienia z sezonowymi i dostępnymi lokalnie (a co za tym idzie z najzdrowszymi i najtańszymi) warzywami i owocami. Do tego trochę produktów mącznych i skrobiowych, odrobina oliwy i mamy bazę, na której możemy budować. Inspiracji jest co niemiara. Nikt nam nie zabroni na przykład zastępowania tradycyjnych włoskich gnocchi polskimi kopytkami czy szarymi pyzami, prawda? Uważam, że może poza daniami z najdalszej Północy, na przykład eskimoskimi, praktycznie każdą kuchnię narodową da się wegańsko zmodyfikować, co zresztą udowadniają setki roślinnych blogów i kanałów na YT z całego świata. Takie książki jak Vegano Italiano to jedynie początek wspaniałej roślinnej przygody. Nim się obejrzycie, sami zaczniecie strzelać pomysłami, jakie by tu kolejne warzywa obsmażyć w cieście naleśnikowym, z czego jeszcze zrobić pudding lub co da się zmiksować na pyszną zupę krem.

Vegano Italiano to pozycja, która obala dwa duże kulinarne mity: pierwszy, mówiący o tym, że weganie jedzą tylko sałatki i kanapki z dżemem, a drugi, że kuchnia włoska to pizza i makarony, koniecznie z dodatkiem sera, mięsa i owoców morza. Jeśli ktoś nadal wierzy w takie rzeczy, to podczas lektury szczęka mu opadnie nim dojdzie do jesiennych przepisów na nadziewane cukinie czy bakłażany z sosem miętowym. Na koniec jeszcze tylko taka uwaga, żeby nie traktować niektórych przepisów zbyt dosłownie i nie zniechęcać się egzotycznymi składnikami. U mnie w kuchni takie specjały jak fenkuł, karczochy, endywia czy kwiaty dyni także nigdy nie zagościły (co innego swojsko brzmiąca boćwina, obecna w co drugim przepisie), ale, jak pisze sama autorka, wszystko da się zmodyfikować, a te receptury to tylko luźne inspiracje. Smacznego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *