Ani słowa więcej (Enough Said)

Właściwie to opinię o tym filmie, jakie przeczytałam przed jego obejrzeniem okazały się trafne. Niby nikt mnie nie okłamał, bo zaprawdę jest to opowieść o dwójce inteligentnych Amerykanów w dość już dojrzałym wieku, z których każde ma za sobą rozwód, cierpi na syndrom pustego gniazda i próbuje sobie czymś zapełnić pustynię uczuciowego życia. Z tych względów Eve (Julia Louis-Dreyfus) i Albert (James Gandolfini), którzy spotykają się na przyjęciu, decydują się na pierwsze randki, choć zgodnie przyznają, że nie czują do siebie szczególnego pociągu. Zgadza się też to, że z powodu ich wcześniejszych doświadczeń nie jest łatwo zacząć nowy związek, szczególnie, że oboje nie są chętni do kompromisów czy ustępstw. Mamy samo życie, liczne komplikacje i trudne rozmowy z córkami i byłymi małżonkami. Wszystko się zgadza, poza tym, że wszyscy kłamią, że to jest komedia.

Powiem szczerze, że pod koniec rozkleiłam się kompletnie i popłakałam jak bóbr, a nie zdarza mi się to nawet na filmach o holocauście czy o biednych chorych dzieciach. No masakra po prostu, a miało być tak zabawnie. Komedia? Dobre sobie. Ani słowa więcej to dramat i to taki perfidnie grający na emocjach, wręcz szantażujący widza, który nie ma innego wyjścia i musi współczuć oglądanym postaciom. Ktoś mnie powinien ostrzec jakoś. No naprawdę…Najgorsze jest chyba to, że cały dramatyzm oglądanych scen był zdaje się niezamierzony. A co mnie właściwie tak rozczuliło, rozmiękczyło i zmusiło do współczucia? Zacznijmy może od tego, że i Albert i Eve mają koszmarnych, pasywno-agresywnych byłych współmałżonków, z którymi dzielą opiekę nad córkami. Do tego oboje nie radzą sobie za dobrze w kwestii odżywiania: Eve kompulsywnie pochłania wszelkie węglowodany znajdujące się w jej zasięgu, a Albert jest typowym przypadkiem chorobliwej otyłości w najlepszym amerykańskim stylu. Przez cały film strasznie mi było żal grubego Alberta (szczególnie w scenach łóżkowych), tym bardziej że Gandolfini zmarł zaraz po nakręceniu tego filmu i podejrzewam, że otyłość się do tego przyczyniła. Naprawdę nie było się z czego śmiać. Żeby było jeszcze ciekawiej, aktorzy mają dość specyficzne warunki, upodabniające ich w prezentowanym duecie do pary przyciężkawych na umyśle lub wręcz chorych osobników. Gandolfini mówi powoli, sapiąc i przez nos niczym niedźwiedź, który się naćpał, albo zaraz zejdzie na zawał, a Julia Louis-Dreyfus robi te swoje MINY. Aktorka znana z takich komediowych produkcji jak Seinfeld, Nowe przygody starej Christine czy Veep, przeraża wręcz swoją przepotworną mimiką. Wyraz twarzy oddający czułość, wzruszenie lub zakłopotanie przypomina spazm bólu rannego zwierzaka, a zdziwienie to klasyczna sarna złapana w reflektor. I jak tu się wzruszać parą 45+, ich zalotami i pierwszymi uniesieniami, gdy oboje są tacy dziwni i godni współczucia, ale w tym złym sensie

Koniecznie muszę też napisać, że o dreszcz zgrozy przyprawił mnie zamysł, by zmusić kochanków do wypowiadania do bólu szczerych kwestii. Pozbawiło to uroku wiele potencjalnie dobrych scen. Rozumiem, że jak się ma tyle lat na karku to nie warto się oszukiwać, ale jakaś odrobina dobrego wychowania, czy choćby litości, mogłaby się tu przydać. Ta ich szczerość jest bolesna, a momentami nawet boleśnie chamska. Mimo tego, że postaci są dziwne, na jakimś poziomie zżyłam się z nimi i bardzo im od początku współczułam, dlatego tym bardziej bolały mnie wszystkie ciosy, które wymierzali nawzajem w swoim kierunku pomarszczona Ewka i gruby Albert. Na koniec filmu można się poczuć jak po długim i bolesnym seansie terapeutycznym, a chyba nie tego oczekujemy od ciepłej, nastrojowej i inteligentnej komedii o dojrzałych ludziach, jaką (niestety tylko) w zapowiedziach było Ani słowa więcej.

One thought on “Ani słowa więcej (Enough Said)

  • Luty 26, 2014 at 9:23 am
    Permalink

    Choc mnie jeszcze do wieku nie jest jeszcze blisko (ale tez i nie tak daleko) z ciekawoscia zasiadlem do obejrzenia tego filmu, tym bardziej, ze bylem ciekaw co moze wykrzesac z siebie Gandolfini.
    No coz, bez zbednych analiz, film zaprawde gorzki i zyciowy jest. Kto oczekiwal lekkiej komedi romantycznej moze z filmu wyjsc z gorzkim posmakiem prawdy zycia. Choc nie porywa, opowiada prawdziwa historie i relacje miedzyludzkie. Glowna para pod cala ta powszechnoscia i realizmem prozy zycia, zdecydowanie da sie lubic, choc nie ukrywam, ze ta zenska czesc drazni bardziej.
    Zdecydowanie polecam na szary wieczor, film, ktory nie jest ubrany w kotary przyjemnosci i pieknosci znane z innych produkcji.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *