Marsylia

To zdecydowanie najgorsza propozycja Netflixu i w ogóle jeden z najgorszych seriali, jakie w życiu obejrzałam. Daję słowo, że Marsylia to jakieś kuriozum, ale jednocześnie zachęcam do obejrzenia choćby kilku odcinków, bo z czymś tak dziwnym nieczęsto można się spotkać. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Mój apetyt podsycały trailery i zrobione na bogato plakaty porozwieszane w każdym możliwym zaułku paryskiego metra. Po powrocie z wycieczki postanowiłam przedłużyć sobie francuski klimat i tak zasiadłam do oglądania Marsylii. Z początku myślałam, że mamy do czynienia z francuską odpowiedzią na Bossa (bo walka na szczytach władzy dużego miasta), potem (jak wielu innych widzów) uległam przekonaniu, że to jednak Gomorra (mafia i smagli emigranci zamieszkujący biedne, odizolowane dzielnice) skrzyżowana z House of Cards (bo mamy nieczysty polityczny pojedynek). Po obejrzeniu całego sezonu (wielkie poświecenie) muszę jednak skapitulować przed jakimikolwiek ambitniejszymi porównaniami, gdyż Marsylia to po prostu kiczowata telenowela udająca thriller polityczny, a grający tu aktorzy, a także wszyscy odpowiedzialni za dialogi, reżyserię i scenografię, mogliby się wiele nauczyć od twórców Mody na sukces.

Seks, narkotyki, polityka i zdrada

Właściwie to od zdrady się zaczyna. Podczas próby przepchnięcia bardzo ważnego dla siebie projektu, mer Marsylii, Robert Taro (Gérard Depardieu) nieoczekiwanie zostaje zaatakowany przez swego wieloletniego współpracownika i protegowanego Lucasa Barresa (Benoît Magimel). Szykowany na następcę mera młody mężczyzna odmawia współpracy przy zabieganiu o nowy port dla miasta, jednocześnie ogłaszając swój start w nadchodzących wyborach. Szykuje się walka dwóch tytanów, reprezentantów starego i nowego porządku. Jednocześnie przyglądamy się życiu osobistemu obu panów, poznając mroczną przeszłość Lucasa oraz żonę i córkę Taro. To z córką mera Julią (Stephane Caillard) wiąże się osobny wątek dziennikarsko-emigracyjny. Dziewczyna wplątuje się w relację z dwoma młodymi złodziejami, będącymi na usługach lokalnej mafii, z którą (jak się wkrótce okazuje) chętnie współpracuje także Barres. Każdy odcinek tego serialu to zaostrzenie rywalizacji między głównymi politykami, ich schodzenie do rynsztoka i wyciąganie najgorszych brudów na przeciwnika, a także wyłanianie się z przeszłości kolejnych tajemnic mera i jego protegowanego.

W zamyśle twórców całość miała chyba przypominać wspaniałą grecką tragedię, niestety jednak nie udało się to zupełnie, a efekt jest zwyczajnie żałosny. Za dużo patosu, złych dialogów i jeszcze gorszego aktorstwa, do tego okraszonego muzyczką rodem z tanich produkcji z lat 90-tych. Marsylii zwyczajnie nie da się traktować poważnie.

Tylko Marsylii szkoda

Jedyną zaletą tej produkcji jest w moim odczuciu to, że lepiej poznajemy drugie co do wielkości miasto Francji. Wdrażamy się (na tyle, na ile to jest możliwe) w lokalne problemy, wśród których najważniejszy jest zalew emigrantów, przestępczość i brud na ulicach. Przez chwilę nawet możemy poczuć sympatię do marsylczyków zakochanych w piłce nożnej i owocach morza prosto ze swojego portu. Jednak ładne panoramy miejskie i lokalny koloryt to za mało by uratować tego kiczowatego potworka (i nie mam na myśli mera).

Wśród aktorów tylko jeden Depardieu robi co może i nie wydaje się zupełnym amatorem, jednak nie ma co ukrywać, że jego ogromna tusza po prostu uniemożliwia mu już porządne wykonywanie aktorskiego zawodu (strasznie się patrzy na te jego wysiłki, zwłaszcza w scenach miłosnych). Niestety, gruby i brzydki Obeliks to i tak najlepszy aktor Marsylii, gdyż reszta artystów przybyła tu chyba z jakiejś amatorskiej trupy teatralnej. Zdecydowanie najgorszy jest odtwórca roli Barresa, Benoît Magimel, z tym swoim kaczym dzióbkiem, zmrużonymi ślepiami i żółtymi pasemkami. Inna sprawa to to, że postać do zagrania dostał nieciekawą, bowiem Lucas to wygadujący straszne brednie skołowany człowiek, który uprawia seks z wszystkim co się rusza, a my nie do końca wiemy dlaczego. Brak w tym logiki, precyzji, jakiegokolwiek sensu. Dla pań musiałabym mieć osobny wątek poświęcony najbardziej drewnianym i przerysowanym postaciom jakie widzieliśmy do tej pory w telewizji. Kto wygra ten konkurs na najgorszą aktorkę ever? Czy będzie to sztywna jak kołek odtwórczyni roli córki, czy może rozmemłana matka? A może palmę pierwszeństwa otrzyma któryś z żywych stereotypów damskich pracujących w ratuszu? Głosowanie trwa.

Prócz wspomnianych widoczków z miasta, wszystko jest tu złe. Wulgarny kicz leje się z ekranu, podczas gdy widz zaczyna sobie zadawać pytanie, czy przypadkiem nie ogląda jakiejś parodii znakomitych thrillerów politycznych wyprodukowanych w USA. Największe pretensje mam do scenarzystów, którzy gdy nie wiedzą co zrobić z daną postacią, wysyłają ją do szpitala lub na cmentarz. I te siermiężne dialogi… Na moją osobistą listę wszech czasów trafi zapytanie do szofera mera Marsylii, czyli kuriozalne ,,Panie Fredzie, czy bierze pan narkotyki?!”. Pozostaje mi jedynie polecić wam oglądanie wersji z polskim lektorem, który psuje wszystko do reszty. Nigdy już nie zapomnicie jego ,,Cholera!”.

3 thoughts on “Marsylia

  • Pingback: Ali Wong: Baby Cobra - Szczere Recenzje

  • Maj 30, 2016 at 11:09 am
    Permalink

    Mnie recenzja przekonała żeby obejrzeć „to dzieło” :) Francuzi mają czasem ciekawe pomysły jak np. serial „The Returned”. Gra aktorska francuskich aktorów niestety woła o pomstę do nieba. Jednak obejrze z ciekawości by to być może zbesztać

    Reply
    • Maj 30, 2016 at 12:46 pm
      Permalink

      Zachęcam do oglądania, bo dlaczego tylko ja mam się męczyć. Radzę dobrze wsłuchać się w efekty dźwiękowe:)

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *