Rodzinne rewolucje (Blended)

Przywykłam już chyba do tego, że w wakacje kina dają odpocząć szarym komórkom widzów, serwując im jedynie familijno-komediową papkę. Jestem też w stanie zrozumieć (a przynajmniej bardzo się staram), że komuś mogą się podobać komedie z Adamem Sandlerem. W końcu amerykański aktor ma już prawie 50 lat, filmy kręci co roku, więc dorastały z nim kolejne pokolenia widzów o niezbyt wybrednych gustach. Ciężko mi jednak zrozumieć, czemu te filmy są tak nudne i powtarzalne, coraz bardziej prymitywne, miałkie i płaskie. Czy ktoś założył, że do kina pójdą na to tylko nastolatki, po czym polskie telewizje będę go puszczać przez kolejne dekady każdej niedzieli i w święta, jak to się dzieje z poprzednimi tworami Sandlera? No i czy nie mógłby się on czepić już innej aktorki, niż ciągle obniżać i tak nie za wysoką rangę aktorską Drew Barrymore? W końcu w Hollywood chyba nie brakuje uroczych, pulchnych i ładnie się starzejących ,,artystek”.

Rodzinne rewolucje to najbardziej oczywisty letni wybór, twór idealnie pasujący do kategorii wakacyjnych komedii romantycznych, ponieważ jego tematem jest wyjazd dwóch niepełnych rodzin na letni wypoczynek. Jadą oczywiście do Afryki, bo gdzieżby indziej? Na Hawajach Sandler i Barrymore już byli. Cała fabuła opiera się na tym, że po nieudanej randce Jim i Lauren nie mogą wprost na siebie patrzeć, ale los ciągle ich ze sobą styka. W końcu lądują razem na czarnym lądzie i już wiadomo, że skoro on ma trzy córki, a ona dwóch synów, a do tego oboje sobie nie radzą w kwestiach rodzicielskich, to w końcu wylądują razem jako jedna wielka szczęśliwa rodzina. Jak w każdej komedii romantycznej, której zakończenie jest wiadome, interesujący mógł być tu tylko sposób doprowadzenia do miłosnego finału. Niestety i tym razem filmowcy się nie popisali, wybierając najbardziej oklepane schematy i jedynie bezpieczne oraz sprawdzone chwyty.

Oglądając Rodzinne rewolucje ma się wrażenie (pewnie całkiem uzasadnione), że ten film miał po prostu zarobić na siebie określoną sumę pieniędzy. Nie warto było podejmować ryzyka, więc zatrudniono sprawdzony, średnio utalentowany duet aktorski, dodano kilka uroczo-obleśnych dzieciaków i wakacyjny hit gotowy. A żeby było jeszcze ciekawiej połowa akcja toczy się w Afryce, gdzie bohaterowie odhaczają kolejne, najbardziej typowe, atrakcje wakacyjne. Ludzie do kina pójdą, choćby tylko po to, by popatrzeć sobie na to, na co ich nigdy nie będzie stać.

W podejrzanie wielu miejscach Rodzinne wakacje są wychwalane jako film nie aż tak żenujący jak dotychczasowe osiągnięcia pana Sandlera, albo zachęca się nas zapewnieniami, że nie ma tu tak popularnych w niektórych kręgach żartów genitalno-fekalnych. Nie dajcie się na to nabrać, ponieważ naprawdę jest żenująco (i mówi wam to niewymagająca za wiele od filmowej rozrywki widzka). Do tego humor wcale nie odbiega od tego, co mogliśmy oglądać w poprzednich latach. Może i nie wspomina się tak często wypróżnień, ale za to jest dużo o masturbacji, menstruacji i braku higieny. Jest również element mniej śmieszny, a bardziej straszny. Chodzi mi oczywiście o groteskowy chór Afrykańczyków, któremu przewodzi straszny typ z rozbieganym wzrokiem. Będzie mi się to normalnie śniło po nocach. Ta jaskrawo ubrana grupa wokalna jest naprawdę paskudną parodia jakiegoś chóru z antycznej tragedii: wyskakują w najmniej spodziewanym momencie i komentują bieżące wydarzenia. Po co to było?

Jak zwykle nie obejdzie się również bez kobiecej i zwierzęcej perspektywy. Zasmuca mnie bardzo, że grana przez Barrymore Lauren musi wykonywać tak głupi zawód, jakim jest organizatorka garderoby. Kobieta dosłownie zarabia na życie układaniem ubrań na półkach. I pomyśleć, że kiedyś krytycy mieli za złe filmowcom, że bohaterki komedii romantycznych są albo pisarkami, albo dziennikarkami, a już w ostateczności planują wesela lub gotują.

Ze zwierzakami to już zupełne dno. Widać upokorzenie ludzkich aktorów to za mało, trzeba było dowalić też kopytnym i naczelnym. Naprawdę dużo bym dała, żeby zapomnieć o widoku kopulujących nosorożców czy małpek grających na instrumentach muzycznych. I niech ktoś mi powie, że to nie jest żenujące…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *