Powidoki

Film w kinach od 13 stycznia, ale nam udało się go zobaczyć przedpremierowo w szczecińskim kinie Zamek. Coraz częściej bywamy tam na seansach, bo nawet jeśli film jest słaby, to okoliczności, w jakich się go zobaczy, są bardzo malownicze. Piszę o tym dlatego, że z Powidokami właśnie tak się stało. Ostatnie dzieło mistrza Wajdy okazało się nie być filmowym arcydziełem, ale za to zamek śnieżnym wieczorem wart był zobaczenia (i tego całego odśnieżania samochodu). Szkoda wielka, bo ta historia ma wielki potencjał, który przebija w pojedynczych scenach. Całość jednak jest zupełnie niestrawna i najchętniej obejrzałoby się to jeszcze raz, nakręcone od nowa i to z prawie każdym aktorem wymienionym na jakiś lepszy odpowiednik.

Niepokorny artysta kontra system

Na fabułę Powidoków składają się dość intymne obserwacje ostatnich miesięcy życia wielkiego polskiego artysty Władysława Strzemińskiego (Bogusław Linda). Mieszkający w Łodzi malarz i wykładowca ma olbrzymie zasługi dla kultury, co wszyscy zgodnie przyznają, jednak jego niezłomny charakter i chęć służenia jedynie sztuce, a nie wartościom narzucanym przez opresyjny system polityczny, sprawiają, że najpierw traci on pracę, następnie możliwość tworzenia, jego bliscy mają wielkie kłopoty z władzą, a on sam podupada na zdrowiu. Film pokazuje w jaki sposób, z cenionego profesora, którego kochają studenci i współpracownicy, i z uznanego artysty, Strzemiński staje się społecznym wyrzutkiem, kimś z kim ludzie boją się rozmawiać i kto nie może nawet sam sobie kupić tubki z farbą, bo został wykreślony ze Związku Polskich Artystów Plastyków.

powidoki_1

Poznajemy także sytuację osobistą malarza. Odwiedzająca go co jakiś czas córka Nika (Bronisława Zamachowska) przywołuje postać jej matki, z którą rozstał się Strzemiński, czyli Katarzyny Kobro. Naprawdę szkoda, że relacja z córką nie została dokładniej pokazana i że nie dowiadujemy się więcej o Kobro.

Nie zapominamy też o szerszej perspektywie, bo w końcu to dzieło Wajdy. Obserwujemy przemiany polityczne lat 50-tych dwudziestego wieku i tego jak strach, zaszczepiony przez komunizm, zaczyna władać ludzkimi umysłami. Władysław Strzemiński jest tu dobrym przykładem tego, co niezadowolona władza może zrobić z bezbronnym obywatelem. Malarz nie chciał tworzyć w obowiązującym nurcie realizmu socjalistycznego, a zatem musiał zniknąć, zarówno w przestrzeni kulturowej, jak i fizycznej.

Ku przestrodze

Młodzi mogą się z tego filmu bardzo wiele nauczyć. Sama osobiście dużo z niego wyniosłam i po powrocie do domu wyszukałam w Internetach wiele ciekawych informacji na temat kierunków sztuki, o których nie miałam pojęcia. Jako dziecko lat 80-tych, nie miała szans na nauczenie się czegokolwiek o prawdziwej sztuce, a dzięki Powidokom już wiem dlaczego. Bardzo pouczające wydało mi się też przeprowadzenie zależności między posiadaniem pracy, a możliwością przetrwania (jak żyć, gdy nie dostaje się kartek żywnościowych, nie ma się legitymacji i nie można nawet kupić sprzętów potrzebnych do tego, by pracować?).

Największą lekcję dostajemy jednak od samego Władysława Strzemińskiego, człowieka pełnego pasji, niezłomnego bohatera, wielkiego artysty i intelektualisty, który mówił o sztuce jak nikt inny. Ten człowiek nie uznaje kompromisów, całym swoim życiem pokazując, że miłość do prawdziwej sztuki, do wyrażanej w niej wolności, jest warta każdych poświęceń.

powidoki_2

Może zabrzmi to dziwnie, ale Bogusław Linda jest w tym filmie najlepszym aktorem, co samo w sobie powinno widzów skłonić do przemyśleń na temat występów pozostałych aktorów. Patrzymy tu na występ w wielkim stylu, porównywalny z rolą księdza Robaka w Panu Tadeuszu. Linda staje się Strzemińskim, wzbudza litość i podziw, a w dodatku na każdym kroku widać wielką pracę jaką włożył w przygotowanie się do roli malarza bez ręki i nogi, poruszającego się o kulach. Gdyby jeszcze tylko miał lepiej napisane, bardziej składne dialogi, gdyby z każdym jego zdaniem nie atakowała nas z ekranu kolejna siermiężna sentencja, mądrość życiowa o niezrozumiałym przesłaniu, byłoby naprawdę dobrze.

Oprócz Lindy, znakomicie sprawili się też aktorzy starszego pokolenia z drugiego planu, szczególnie Szymon Bobrowski i Krzysztof Pieczyński, których na długo zapamiętam. Niestety młodszych artystów pochwalić nie mogę. Może to wina ich braku doświadczenia, może słabego scenariusza lub słynnego polskiego nagłośnienia (dziwne wrażenie gdy głos się rozjeżdża z ruchami ust), ale na nich się po prostu patrzeć nie da. Sądząc po występie w Powidokach, Bronisława Zamachowska nie odziedziczyła talentu po rodzicach; nie ma nawet tej dziecięcej naturalności i uroku, każde zdanie wypowiada sztucznie i bez przekonania. Co tam jednak panna Zamachowska, gdy patrzy na nas co chwila stado aktorów śmiesznie pozujących na studentów Strzemińskiego, grających tak, jakby to była pierwsza próba jakiejś siermiężnej szkolnej akademii. No coś strasznego, aż zęby bolą.

Jednym słowem, warto wybrać się do kina by czegoś się nauczyć o sztuce, lub by raczej zacząć się uczyć, a także by lepiej poznać realia lat 50-tych w Polsce. Na słabe dialogi, łopatologiczny przekaz i boleśnie złe aktorstwo radzę przymknąć oko i cieszyć się tym, co się da, w pamięci mając inne wielkie dokonania Wajdy, takie jak Ziemia obiecana czy Człowiek z marmuru.

PS. O tym, że ten film ma potencjał i trafia do widowni, świadczyć może to, że podczas jednej ze scen, tej, w której słychać z radia głos zachwalający jedyną, słuszną i praworządną partię, jeden z widzów nie wytrzymał i na cały głos krzykną „To jak PiS!”. Po widowni przetoczyła się fala gorzkiego śmiechu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *