Louie

Louie to serialowe wcielenie amerykańskiego komika, gwiazdy stand-upu, Louisa C. K., który kręci o sobie rzecz niemal biograficzną, a przynajmniej na taką wyglądającą. Każdy odcinek składa się z jakiejś konkretnej historii z życia mieszkającego w Nowym Jorku Louie’go, a sceny serialowe są przetykane fragmentami jego komediowych występów w nowojorskich klubach. Nasz bohater jest rozwiedziony, ze swoją byłą żoną dzieli opiekę nad dwoma dziewczynkami, a jego życie codzienne (poza sceną) można by spokojnie określić jako smutne lub wręcz żałosne. Zarówno jego występy sceniczne, jak i codzienne sytuacje w których uczestniczy, reprezentują humor raczej niewybredny, niepoprawny politycznie i raczej dla ludzi o mocnych nerwach i żołądkach. Różnica między jednym a drugim wcieleniem Louie’go polega na tym, że na scenie jest bardzo pewny siebie, potrafi się śmiać z własnego niedołęctwa i ogólnie jest panem sytuacji. W życiu niestety to pasywna ofiara losu jakich mało.

Piszę o tym serialu, ponieważ dopiero niedawno dotarło do mnie, że nie rozumiem właściwie dlaczego ten facet (w sensie bohater serialu, a nie Louis C. K.) po prostu się nie zabije. Ja w jego sytuacji nie zastanawiałabym się dwa razy. Nie chodzi nawet o to, że nie śmieszą mnie jego żarty, choć czasem te próby szokowania i przekraczania tabu (zwłaszcza w kwestiach fizjologicznych) wydają mi się przesadzone. Zwyczajnie facetowi współczuję i to tak bardzo, że nie mogę się śmiać z nieszczęścia kogoś aż tak pokrzywdzonego przez los. Wydaje mi się, że jakiś wyjątkowo pokrętny i nie całkiem zdrowy mechanizm psychologiczny kazał amerykańskiemu komikowi zrobić serial o sobie, w którym aż tak dostaje mu się od życia. No są chyba jakieś granice pecha!

A dlaczego właściwie życie Louie’go jest tak smutne, że aż niewarte przeżycia? Cóż, była żona go nienawidzi, córki są wrednymi, pasywno-agresywnymi smarkulami, a każdy kogo spotyka na swej drodze jest głupkiem albo dupkiem. Do tego Louie jest otyły, rudy i poważnie łysiejący, z czego wynika jego nikła pewność siebie, uniemożliwiająca mu związanie się z kobietą, czego desperacko pragnie. Samo patrzenie na jego żałosne próby poderwania dziewczyny aż boli. Jakby tego było mało, mężczyzna, który nie może narzekać na nadmiar gotówki, przez głupotę sabotuje wszelkie próby wybicia się ze swoim komediowym talentem. Do tego właściwie cały jego żywot jest bezproduktywny i depresyjny. Poza spotkaniami z córkami i wyjściami na występy, nie ma właściwie nic do roboty. Jak dowiadujemy się od niego samego, czas spędza głównie na spaniu, jedzeniu i masturbacji. O ostatniej czynności wyjątkowo chętnie opowiada.

Nie wiem skąd taki Louie czerpie energię na kolejne próby mocowania się z życiem. Choć serial utrzymany jest w konwencji realistycznej, ta jego wola przetrwania w nowojorskiej dżungli wydaje mi się zupełnie surrealistyczna. Na jego miejscu już bym się dawno rzuciła pod jedną z tych słynnych żółtych taksówek (albo na tory w metrze, albo z okna wieżowca). Jakby się tak jednak głębiej nad tym zastanowić, to może Louie ma jaką ukrytą misję w tym co robi na ekranie i wcale nie mam na myśli rozśmieszania ludzi. Podejrzewam, że komuś, komu naprawdę w życiu nie wyszło, miło jest spojrzeć na rudego grubasa, który ma niesamowitego pecha. Można sobie wtedy powiedzieć, że nam jeszcze nie jest najgorzej.

 

(Czy wy też zauważyliście, że ostatnio seriale komediowe zamiast śmieszyć chcą zasmucać i żenować?)

 

Uważni widzowie Louie’go na pewno zauważyli, że przejawia on jednak pociąg do samounicestwienia, choć jest on mniej oczywisty niż proponowane przeze mnie sposoby na auto zagładę. Louie zabija się jedzeniem. To jak i ile pochłania jest naprawdę niepokojące (i to nie tylko w odcinku o grubej dziewczynie). W tym jak pochłania kubełki lodów i paczki ciastek jest zarówno desperacja jak i smutek oraz agresja. Rzuca się na pokarm łapczywie, jakby był bulimiczną modelką głodzoną przed ważnym pokazem. To się nie może dobrze skończyć. Na koniec muszę też dodać, że zdumiał i jednocześnie jakoś perwersyjnie zachwycił mnie zwyczaj jaki ustalił wraz z kolegą grubasem. Panowie, którzy na moje oko powinni być poddani przymusowej głodówce, preferują podwójne uderzenie, czyli jedzenie jeden po drugim dwóch pełnych posiłków w dwóch różnych restauracjach. My akurat możemy podziwiać bang bang w wersji hinduska-jadłodajnia, ale z kontekstu wynika, że bywało bardziej różnorodnie.

Jeśli śmieszą was takie męki komika na ekranie, a jeszcze nie poznaliście Louie’go, to może się skusicie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *