Caníbal

Ta francusko- hiszpańsko-rosyjsko-rumuńska produkcja może bardzo rozczarować, ale tylko widzów, którzy sugerując się tytułem, spodziewają się widowiska w stylu Milczenia owiec lub też serialowego Hannibala. Właściwie, to poza zamiłowaniem do wysokobiałkowej diety, tytułowy kanibal, czyli mieszkający w Grenadzie Carlos (Antonio de la Torre) jest dokładnym przeciwieństwem elokwentnego amerykańskiego psychiatry. Carlos jest totalnym samotnikiem, szczególnie stroniącym od damskiego towarzystwa, który sztukę milczenia doprowadził do perfekcji. Nie spodziewajcie się po tym filmie błyskotliwych dialogów, czy dogłębnej autoanalizy psychologicznej. Tego co najważniejsze nikt wam tu nie poda na talerzu, bo to wszak kino artystyczne, wyrafinowane i raczej dla myślących, wyrobionych widzów (istnieje zatem spora szansa na to, że nie wszystko do mnie dotarło).

Należę do najbardziej zagorzałych fanek Hannibala Lectera, szczególnie w ostatnim, serialowym wydaniu. Niestety, nawet ja nie mogłam pozostać ślepa na pewne mankamenty, szczególnie widoczne w drugiej serii. Zapewne nie jestem jedyną widzką, której przeszkadzały te ciągłe niekończące się rozmowy. Wieczne drążenie tematu przyjaźni, lojalności, instynktów i prawdziwej natury, momentami naprawdę mnie nużyły. Żeby to tylko Hannibal i Will, ale właściwie wszystkie inne postaci grały ze sobą w to samo, tworząc sieć nie do rozplątania przez oglądających nie obdarzonych stalowymi nerwami i nadludzką cierpliwością. Ten Canibal jest dla mnie rodzajem wytchnienia od gadatliwego smakosza.

Carlosa trudno byłoby nazwać mistrzem kuchni. Jego dieta składa się głównie z mięsa upolowanych kobiet. Żadnych fajerwerków na talerzu, żadnych popisów, tylko czyste białko i kieliszek wina. Już na początku filmu poznajemy dokładnie dopracowany rytuał kanibala, który może się połakomić tylko na młodą i piękną kobietę. Jest to rodzaj seksualnego zauroczenia, tyle że związek jest tu konsumowany w nieco inny sposób niż to się zazwyczaj odbywa na ekranie. Ofiary Carlosa są starannie wyselekcjonowane, co odpowiada jego pedantycznej natrze. Jego ,,dzienne” życie to także ciąg rytuałów, które (mimo dojmującej ciszy) ogląda się z wielką przyjemnością. Aż przykro się robi, gdy coś zakłóca tę rutynę. Niestety pewnego dnia do drzwi Carlosa stuka Nina (Olimpia Melinte), młoda emigrantka poszukująca swojej siostry. Nasz bohater, pomimo iż poszukiwana prawdopodobnie wypełnia sobą jego zamrażarkę, ochoczo oferuje pomoc Ninie. Jest to oczywiście początek nieuchronnych zmian w jego psychice, szczególnie w stosunku do kobiet.

Choć jest tu właściwie tylko jeden, wolno ciągnący się przez cały film wątek, to jednak Canibal jest w stanie urzec swoją głębią i niezwykłym pięknem (choć przyznaję, że trzeba do tego nieco cierpliwości). Oprócz specyficznej relacji miłosnej, otrzymujemy także studium psychologiczne samotności, portret (prawdopodobnie mocno uszkodzonego w dzieciństwie) dewianta seksualnego (i kulinarnego), a nawet poważne rozważania natury religijnej.

W całym filmie mnie najbardziej urzekła warstwa wizualna. Ascetyczne wnętrza starych kamienic, zabytkowe ulice, kościół czy wnętrze zakładu krawieckiego, wszystko to naprawdę zachwyca. No i jak ten Carlos jest ubrany! Mężczyzna jest żywą wizytówką swojej firmy. Od razu widać, że mamy do czynienia z prawdziwym artystą nożyczek i nici (wszak zna on ludzkie ciało od podszewki, więc wie najlepiej jak je korzystnie przyodziać). Dodatkowo zdjęcia utrzymane w kolorystyce ciepłych brązów, szkarłatu i kremowej bieli, działały na mnie bardzo kojąco, tak, że momentami zupełnie zapominałam, że przecież ten elegancki facet w garniturze zjadł przed chwilą stek z rudej piękności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *