Karl Ove Knausgård, Lato

Najpiękniej ilustrowany tom (obrazy Anselma Kiefera), który czytało się najtrudniej. Nie czułam zupełnie, że jest to zamknięcie cyklu, nie spłynęły na mnie z tych stron żadne rewelacje na temat ojcostwa, ale za to spotkałam się tak blisko, jak tylko można z pisarzem i muszę przyznać, że momentami czułam, że jest to niechciana bliskość. Lato to tom, w którym nasz bohater przestał zupełnie zadawać sobie trud pisania z myślą o córce i powrócił do swojego ulubionego tematu, czyli do siebie samego. Części zawierające hasłowy leksykon wiedzy wszelakiej (Zraszacze ogrodowe, Koty, Mewy, Nietoperz) to tylko preteksty do kolejnych wycieczek tak dobrze nam już znanego dzieciństwa pisarza, w którym ten zanurza się z masochistyczną radością roztkliwiania się nad sobą. A gdy przechodzimy do relacji ze współczesnego dnia codziennego pisarza zbliżającego się do pięćdziesiątki, możemy zupełnie zapomnieć o czym były poprzednie części tego cyklu. Jednocześnie jest to część najważniejsza, z której dowiadujemy się jaką wartość, ale i jaką cenę ma radykalna, surowa szczerość autora Mojej walki.

Granice szczerości

Mówiąc najprościej, Knausgård nie ma żadnych granic. Są tu rzeczy, których mogliśmy się spodziewać, czyli typowe rozmyślania osoby w średnim wieku, która dokonuje podsumowań i obserwuje zmiany w swojej osobowości. Pisarz przygląda się sobie bardzo intensywnie (co może być dla czytelnika momentami nużące, zwłaszcza dla takiego, który zna to już z Mojej walki), a jego obserwacje najlepiej podsumowuje wynik testu osobowości, w którym wziął udział:

„jestem absolutnym, ponadprzeciętnym smutasem, wykraczającym poza normę introwertykiem, o przeciętnej fantazji, za to wyjątkowej uczuciowości. Innymi słowy: jestem słaby w zmyślaniu, niezły w odczuwaniu”.

Do takiej szczerości już przywykliśmy, ale gdy przechodzimy na poziom fizyczności, robi się jeszcze dziwniej niż wtedy, gdy dowiedzieliśmy się, że nasz ulubiony pisarz ma dziką radość z wyciskania pryszczy, obcinania paznokci i czyszczenia uszu. Motywem przewodnim tego tomu, czymś co otwiera nowy rozdział w historii europejskiego naturalizmu, są wyznania dotyczące krwawienia z odbytu i zniszczonego uzębienia. Miałam wrażenie, że opisując szczegółowo wizytę u lekarza czy to, jak ciekawą kompozycję żółci i czerni możemy zobaczyć gdy Knausgård się uśmiecha, pisarz nie stara się zwyczajnie wnieść czegoś nowego do tematu, ale że jest to raczej sposób na to, by się w okrutny sposób ukarać. Karą jest wstyd, o którym już od dawna wiemy, że jest przez Norwega odczuwany w sposób szczególnie intensywny. A czy ma się czego wstydzić? Moim zdaniem jak najbardziej, choć mogę być w tym sądzie odosobniona.

Nim jednak przejdę do tych godnym najwyższego zawstydzenia faktów z życia pisarza, skupię się na tym, co uznałam za ciekawe i wartościowe, czyli na jego modelu ojcostwa. Przy okazji Wiosny dziwiłam się jak daleko posunięta jest u bohatera tego cyklu potrzeba wolności i odpowiedzialności za samego siebie. Karl Ove wymaga od siebie, ale i od każdego innego członka rodziny. Jest wymagającym mężem i ojcem, co tylko w przypadku odmówienia pomocy chorej mnie raziło. W Lecie pokazuje więcej z tej swojej strony, samemu aż się dziwiąc, że tak naprawdę nie widzi dzieci, ale samego siebie w kontakcie z nimi (zawstydzający wypadek syna jest na to dobrym przykładem). Na długo zapamiętam jego wypowiedź z fragmentu o kotach, mówiącą o tym, że pozwolił małemu dziecku zaczepiać kicię, póki ta go nie podrapała. I już szkrab wie, że tak się nie robi, że zwierzę to nie zabawka. Dziecku nic się nie stało, a i kot jest cały i nadal rządzi w domostwie. Podobnie jest z wieloma dziecięcymi frustracjami i pragnieniami małych Knausgårdziąt, którym ojciec pozwala z pewną szorstkością skonfrontować się z negatywnymi uczuciami i doznaniami.

Knausgård – pożeracz lodów, zabójca ślimaków, morderca nietoperzy

Choć całym sercem jestem za szczerością w literaturze, bardzo bym chciała wykasować z pamięci niektóre wyznania z Lata. Najbardziej szokujące i bolesne były dla mnie trzy: jedno dotyczące dzieci, a dwa zwierząt. To o dzieciach nawet we mnie, gdy empatyczne wczuwałam się w rolę rodzica, wywoływało palący wstyd i zażenowanie i nie pojmuję na jakie szczyty masochizmu musiał się wzbić autor, by to napisać. Chodzi o scenę, w której tato i podrośnięte już latorośle idą na lody. Wiadomo, każdy lubi słodkości, więc zajadają się z apetytem. Gdy już pojawiło się dno kubeczka i rożki rozmiękły się w rękach, wyzionęło, jak zwykle przy takiej okazji, naleganie na drugą porcję. I co? I tato kupił sobie całą dużą drugą porcję lodów, a dzieci siedziały i patrzyły jak je zjada. Akcja miała na celu udowodnienie całkowitej wolności i swobody dorosłego, której dzieci jeszcze nie miały. Niby nic, ale wyobrażacie sobie coś takiego? Ja sama zostałam tak wychowana, że podobne zachowania rodziców nie mieszczą mi się w głowie. Prędzej bym się spodziewała, że ktoś z mojego otoczenia (choć to i tak fikcja totalna) pozwoli kotu podrapać czy psu ugryźć swoje książątko, niż nie da mu jedzenia, które sam jeszcze ma. Szok i szokiem jest także dla mnie to, że aż tak się tym szokuję.

Mimo wszystko, z racji tego, że rodzicem nie jestem, łatwiej mi wybaczyć przewinę wobec dzieci niż wobec zwierząt, które są mi bardzo bliskie. Źle zniosłam doniesienia z Mojej walki o tym, że kot nieletniego Karla Ovego został uśpiony z powodu przeprowadzki, czy zawarte już w Lecie doniesienia o oddaniu psa, który był zbyt uczuciowy, podległy i wymagał uwagi. Za to opis ślimakobicia, drobiazgowe studium ślimakowatości prowadzące do ogrodowej egzekucji eksplozji niemego krzyku, to coś co uśmierciło resztki mojej sympatii do norweskiego pisarza. No a bezsensowna śmierć biednego nietoperka, zbędna i okrutna, wzbudziła we mnie chwilowe obrzydzenie do Knausgårda, które przeszło w głęboką niechęć.

I tak zostałam rozdarta: z jednej strony doceniam nagie życie, bolesną czasami potrzebę szczerości, wyspowiadania się ze wszystkiego, a z drugiej zwyczajnie nie lubię już tego człowieka, który nie dość, że dopuścił się i nadal dopuszcza karygodnych czynów, ale który też nie komentuje ich, nie tłumaczy i nie analizuje, i nie jestem w ogóle pewna, czy dostrzega w nich coś złego lub chociaż nieodpowiedniego. Cieszę się, że autor Lata czuje się spełniony jako ojciec i dojrzały jako pisarz, ale świadomość, że jako człowiek jest karłem, zaprawia wszystko jego autorstwa, co do tej pory przeczytałam, sporą dawką goryczy.

Zapraszam też do obejrzenia filmiku z recenzją tej książki:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *