Grace księżna Monako (Grace of Monaco)

W końcu udało mi się obejrzeć Grace i żałuję bardzo, że do tego doszło. Tim Roth po występie w tym filmiszczu powinien zrobić sobie długie wakacje od grania, dopóki wszyscy nie zapomną tej kreacji, a nieszczęsna Nicole Kidman w ogóle powinna zrezygnować z aktorstwa, ponieważ nie dość, że uszkodziła bezpowrotnie swój instrument, czyli ciało, to w dodatku zatraciła jakiekolwiek poczucie śmieszności. Grace księżna Monaco to tandetny, nieskładny melodramat, który nie powinien był w ogóle powstać i wcale się nie dziwię, że wywołał on aż taką falę krytyki w Cannes.

Film skupia się na okresie życia księżnej, kiedy to ta najwyraźniej rozważała powrót na ekrany w stworzonej dla niej przez Hitchcocka tytułowej roli w Marnie. Jej osobiste dylematy (powinnam, nie powinnam? mąż pozwoli czy nie pozwoli?) przeplatają się w czasie z bardziej poważnymi perypetiami politycznymi. Nagle okazuje się, że od manier i prezencji Grace zależy cała przyszłość Monako, które walczy dzielnie z Francuzką dominacją.

To zadziwiające, ale właściwie nie ma w tym filmie sceny, która nie byłaby żenująca albo straszna. Straszy oczywiście botoksowa maska odtwórczyni głównej roli, przez którą próbują przebić się jakieś żywsze, bardziej ludzkie emocje (próbują oczywiście bezskutecznie). Najgorsze są sceny, w których aktorka (Kidman) grająca aktorkę (Kelly) próbuje popisać się warsztatem i robi różne miny ,,odzwierciedlające” różnorodne stany ducha. To żywa antyreklama wszelkich zabiegów upiększających! No coś strasznego! Nawet już pomijając wygląd Kidman, dziwić się można naiwności z jaką wypowiada większość swoich banalnych kwestii. Gdzie się podział jej talent i charyzma tak widoczne za młodu?

No, ale sama australijska aktorka to dopiero część katastrofy. Na resztę tego dramatu (w sensie przenośnym) składa się fatalny, kiczowaty scenariusz, durnowate dialogi i bardzo źle obsadzony książę z bajki. W nielicznych scenach, których przyszło zagrać Timowi Rothowi, można naprawdę szczerze współczuć. Ja rozumiem, że w prawdziwym życiu książę Monako także nie był wybitnie urodziwy, ale ten, kto doczepił mu tego wąsa, powinien odbyć jakąś karę. W dodatku nijak nie można za wszystkimi głupotami jakie Rainier wygaduje prawdziwego człowieka. Dostajemy tylko kukłę, takiego niziutkiego bobeczka z wąsiskiem, którego kolejne kwestie wypowiadane do żony dryblaski nie łączą się zupełnie w spójną całość. Masakra.

Obejrzenie Grace polecam jedynie dwóm kategoriom widzów (poza tymi lubiącymi się umęczać bez powodu). Rzecz może spodobać się bezguściom, które lubią, żeby wszystko było na bogato. Oj, ci się nie zawiodą. Tutaj wszystko ocieka pałacowym luksusem, nie brak złota, kamieni i szlachetnych tkanin. Sama Grace jest chodzącym pomnikiem książęcego luksusu. Kobieta ma na sobie w każdym ujęciu kilogramy jedwabiu, pereł, diamentów i złota. Do oglądania zapraszam także cyników, lubiących się pośmiać z czyjejś krzywdy. Dajcie się rozbroić niezamierzonemu komizmowi filmu, w którym ikonę piękna zagrała dwumetrowa australijska olbrzymka bez mimiki twarzy, przy której najpotężniejsi nawet politycy wyglądają jak małe dzieci. Pośmiejcie się z dylematów ludzi obrzydliwie bogatych, którzy z nudów nie wiedzą co ze sobą zrobić i wierzą, że wyczytane i wyuczone w kilka dni dobre maniery są w stanie zmienić świat na lepsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *