Finał Czystej krwi

What the fruit? Czy oni tak na poważnie skończyli właśnie w ten sposób?! Nie wiem jak reszta fanów na całym świecie czuje się po ostatnim odcinku Czystej krwi, ale ja jestem szczerze zawiedziona i mam wrażenie, że ktoś sobie zrobił z widzów niesmaczny żart. Tyle letnich sezonów spędziliśmy razem, choć momentami nie było łatwo znosić te potężne dawki kiczu jakie nam serwowano, a teraz rozstajemy się z bohaterami z wielkim niesmakiem. Mój stosunek do Czystej krwi najlepiej wyraża chyba metaforyczny obraz pięknego owocu (to pierwszy sezon), na którym wyrosła pleśń, która porósł grzyb, z którego wylazł jeszcze obleśny robak (to ostatni odcinek ostatniego sezonu). Absurdy mnożyły się i wyrastały w boczne odnogi fabularne, a my przez lata przywykliśmy do tej niegrzecznej bajeczki z bardzo poprawnym politycznie morałem. Czy ktoś się jednak spodziewał, że finał tego widowiska okaże się takim sentymentalnym bełkotem?

Czy muszę jeszcze pisać, że jak chcesz niespodzianki to nie czytaj? Chyba nie, bo w końcu kto miał zobaczyć to już zobaczył.

Zacznijmy od tego, że od pierwszego odcinka pierwszego sezonu cała fabuła opierała się na wielkim pytaniu ,,Kogo wybierze Sookie?”. Urocza, naiwna, romantyczna kelnerka z głębokiego Południa USA, obdarzona dość odstręczającą diastemą, miała wielu adoratorów, w których irytująco przebierała nie mogąc podjąć ostatecznej decyzji. Wampiry w wersji black i blond, zmiennokształtny, pan wróżka (wróż?), a nawet wilkołak. Wszystko to rozumiem, jakoś trzeba podtrzymywać zainteresowanie widzów. Na co się jednak zdają te niedomówienia gdy kończy się produkcja?! Od lat wgapiam się w ekran, by dowiedzieć się z kim wyląduje rozwiązła kelnereczka, a tu takie coś. Jakiś anonimowy facet, pokazany od tyłu i to w ostatniej minucie! No ktoś się zagalopował z tą tajemniczością.

Sookie Stackhouse

Absurdalny wydaje mi się także koniec związku z wampirem Billem. To jakieś durnowate, zabijać wieloletniego kochanka trzonkiem od szpadla (a może tylko tak mi się zdaje?). W jednej chwili wyznają sobie miłość, a w następnej Sookie stoi w jego flaczkach jak w brudnej kałuży, albo w brodziku z ekskrementami. No tak się po prostu nie robi. Śmieszne to bardzo, ale chyba nie tego spodziewali się widzowie, którzy kibicowali tej parze.

Wyjątkowo rozczarowujący jest także brak Lafayette’a, który tylko miga w ostatniej scenie. To najciekawsza postać tutaj, której wątek pośpiesznie sfinalizowano łącząc go z pierwszym dostępnym wampirem-gejem, o którym prawie nic nie wiemy. Zamiast ślubu tego buraka Hoyta (zjechał z tej swojej Alaski nie wiadomo kiedy) z pulchną Jessiką, mogli dać więcej Lafayette’a i jego turbanów. To by w jakiejś części uratowało finał. Obeszłoby się także bez Jasona, który w jednej chwili postanawia znormalnieć i się ustatkować. W końcu nawet seriale telewizyjne mają swoją wewnętrzną logikę, wedle której postaci aż tak drastycznie się nie zmieniają.

Jedyne co mi się w miarę spodobało, to wątek Erica i Pameli. Od początku wiedzieliśmy, że te spryciule spadają zawsze na cztery łapy. Eric pokazał pazury i żyłkę do interesów, jak zwykle kantując wspólników. Pytanie tylko, dlaczego nie zrobił tego wcześniej i dawał się agresywnym Azjatom wodzić za nos tak długo? Co, nie chciało mu się? To jednak zdecydowanie lepsze niż gdyby wylądował na honorowym miejscu, jako ojciec dziecka Sookie, czego każda fanka w skrytości (bądź jawnie jak ja) się obawiała.

Eric and Pam

Niezgrabny koniec tej barwnej serii nie powinien nam przysłaniać sukcesów z poprzednich sezonów. Przyznacie, że momentami było ciekawie, a nawet zaskakująco. O True Blood zawsze będę myśleć z dużym sentymentem, choć to Penny Dreadful jest teraz moim ulubionym serialem o wampirach. Jak bozia da, nikt nie wpadnie na zatrważający pomysł kręcenia kontynuacji, choć nie można nigdy do końca wykluczyć takiej demonicznej ewentualności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *