Elizjum

Darowałabym sobie oglądanie Elizjum zupełnie, głównie ze względu na to, że ten film nakręcił Neill Blomkamp, czyli osoba odpowiedzialna za powstanie Dystryktu 9, który osobiście uważam za najgorszy film ever (pamiętacie pewnie absurdalną fabułę z wielkimi krewetkami w roli głównej). Do pójścia do kina zachęciły mnie jednak doniesienia kolorowej prasy o tym, jak to biedny Matt Damon (grający w Elizjum głównego bohatera Maxa) musiał się namęczyć, by być gotowym do tej wielkiej roli. Jak już chłopak poświecił kilka miesięcy z życia na to by codziennie po 4 godziny wyciskać na siłowni, to pomyślałam, że docenię jego trud i zobaczę jak wyszło. Okazuje się, że wyszło fatalnie.

Nie mam na myśli oczywiście mięśni Matta Damona, które prezentują się okazale (choć całość wyposażenia jest zbyt blada by mogła uchodzić za atrakcyjną), jednak moją uwagę przez większość czasu i tak skupiała łysina aktora posiadającego dziwną, niekształtną czaszkę. O jego aktorstwie już nawet nie wspomnę. W filmach takich jak Elizjum nie ma raczej miejsca na prawdziwą grę, dlatego dziwię się bardzo, co aktorka pokroju Jodie Foster w ogóle robiła w tej produkcji. Może ją, podobnie jak tysiące widzów na całym świecie zmylił ogólny zarys potencjalnie ciekawej historii. To mogło naprawdę być dobre kino. Świat za sto lat podzielony na dwie części. Na Ziemi, którą oczywiście doprowadziliśmy do totalnej rozsypki, wegetuje nieszczęsna biedota, gdy tymczasem bogacze latają sobie wokół planety na gwiaździstej stacji kosmicznej i mają wieczne wakacje z nieśmiertelnością w pakiecie. Główny bohater jest oczywiście z tych biednych i uciskanych, którzy do złudzenia przypominają mieszkańców współczesnego trzeciego świata. Tak jak w rzeczywistości w filmowej opowieści większość musi w pocie czoła zap…. tzn. ciężko pracować na swoje utrzymanie, gdy tymczasem garstka wybranych spija całą śmietankę. Tak już jest i według wszelkich filmowych przewidywań będzie nadal. Przyznacie sami, że mogło wyjść z tego coś bardzo ciekawego. Tymczasem Elizjum okazało się totalną stratą czasu i potwornym nudziarstwem.

Najgorsze chyba było to, że nie było absolutnie żadnego stopniowania napięcia, a chaotyczna akcja jak już się rozpędza to nie zatrzymuje nawet na chwilę byśmy mogli choć trochę przyjrzeć się bohaterom. Ten film to niekończąca się seria rozbłysków, wybuchów i zwolnień. Są także liczne retrospekcje, które reżyser wykorzystał do maksimum (nuda). Choć grająca ministrę obrony Elizjum Jodie Foster jest naprawdę pocieszna w wersji ustylizowanej na Tildę Swinton (nieudanej) to jednak najbardziej kuriozalną postacią jest główny bohater, czyli Matt Max Damon. Facet przez większość czasu wygląda jak skrzyżowanie człowieka z zardzewiałym magnetowidem lub tosterem (nikogo nie dziwi, że byle oprychy przeprowadzają operację neurologiczną łączącą ciało z tą zbroją?). Właściwie to jak się zastanowić to jest tu tyle kabli, śrubek i żelastwa, że Elizjum może spodobać się chyba tylko elektrykom i mechanikom i to zapewne oni wypisują te wszystkie pochlebne komentarze, czemu już teraz wcale się nie dziwię.

Do tego wszystkie dochodzą jeszcze takie drobiazgi jak fakt, że na stację orbitalną lata się jakby chodziło o przejażdżkę autobusem i każdy potrafi to zrobić. Strasznie wkurzające są też wszystkie sceny z kobietami próbującymi ratować życie swoich małych córeczek. Ich ckliwe deklaracje i dziwaczne przebieżki z maluchami na rękach nie robią jakoś na mnie wrażenia. Zakończę już może ten wpis, bo czuję jak irytacja we mnie narasta. Naprawdę nie rozumiem jak ktoś mógł stworzyć aż tak nieudane połączenie Mad Maxa z Robocopem.

One thought on “Elizjum

  • Wrzesień 12, 2013 at 9:03 pm
    Permalink

    Urzekająca recenzja :D Nie potrafiłbym tak mocno zjechać tego filmu, ale z większością się zgadzam.

    Pozdrawiam :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *