Brimstone

Dzisiaj coś z działu filmów dziwnych, niepokojących, intrygujących. Brimstone jest obrazem, który może wzbudzać zachwyt, ale i obrzydzenie czy znużenie. Jeśli razi was epatowanie z ekranu okrucieństwem wobec kobiet, dzieci, zwierząt i osób starszych, a także jeśli nie lubicie klimatów Dzikiego Zachodu i nie zachwycacie się grozą westernu Bone Tomahawk, to nie jest raczej film dla was. No ale jeśli jesteście nieco pokręceni i wszystko co powyżej brzmi dla was podejrzanie zachęcająco, to polecam serdecznie.

Wielebny jak Terminator

Akcja tej hybrydy westernu i krwawego thrillera rozgrywa się w XIX-wiecznej Ameryce, w osadzie holenderskich protestantów. Mieszka tu młoda kobieta o imieniu Liz (Dakota Fanning), która choć jest niemową, z zapałem i wielką skutecznością służy wspólnocie odbierając porody, przy których asystuje jej mała córeczka. Oprócz niej Liz ma jeszcze sporo starszego męża, nastoletniego pasierba i całkiem zwyczajne życie pełne rodzinnego ciepła, ale i kłopotów oraz ciężkich obowiązków. Zwyczajny surowy żywot osadników. Spokój Liz burzy pojawienie się w osadzie nowego pastora, który od razu budzi w niej grozę. Wielebny (Guy Pearce) straszy swoje owieczki ogniem piekielnym, diabłem i fałszywymi prorokami, od razu biorąc na cel młodą akuszerkę. Nie wiemy, co między nimi zaszło, ale widać, że zieje tu grozą i nienawiścią. Wkrótce wielebny zamienia życie Liz w piekło, nastawia przeciwko niej całą wspólnotę, a nawet posuwa się do wielu paskudnych i krwawych zbrodni, tylko po to, by uprzykrzyć jej życie. No i w tym momencie, gdy Liz zmuszona jest uciekać przed prześladowcą, a nam się wydaje, że oglądamy kolejny nudnawy film o polowaniu na czarownicę, która ośmieliła się wtrącać w boży plan odbierając porody, okazuje się, że jest to film zupełnie innego rodzaju. Owszem, wielebny nienawidzi Liz za to, że jest inteligentną, samodzielnie myślącą i waleczną kobietą, która w dodatku pomaga innym białogłowom, ale nie to jest jego głównym problemem. Po części pierwszej filmu następuje trzy kolejne, mające tytuły inspirowane Biblią, które wyjaśnią nam dokładnie pogmatwaną historię Liz i wielebnego. Zapewniam, że będzie gorzej niż możecie sobie wyobrazić. Wiele mogę powiedzieć o tym filmie, ale na pewno nie to, że oszczędza on widza w jakikolwiek sposób. Nie ma litości. Jedyną troską otoczyli filmowcy postać wielebnego, który zdaje się nieśmiertelny. Ten atomowy karaluch odradza się w kolejnych wcieleniach, jakby ogień i kule się go nie imały. Widać Bóg go nie opuszcza.

Ekranowe rekolekcje

Brimstone to historia przerysowana, nielogiczna, a momentami nawet kiczowata, ale i tak warta obejrzenia. Nie wiem do końca dlaczego, ale oglądając okrutne sceny z życia amerykańskich pionierów, miałam wrażenie, że zbliżam się do zrozumienia tego, jak musiało wyglądać życie takich ludzi w rzeczywistości. Osobiście lubię być wytrącana z równowagi przez nieprzewidziane zwroty akcji, a tutaj każdy kwadrans takie zwroty przynosi i zazwyczaj są one związane z kolejnym krwawym morderstwem. Od jakiegoś czasu sporo czytam a życiu amerykańskich osadników i wydaje mi się, że ziejące z ekranu pustka, groza i przesyt makabry dobrze oddają (choć przerobione są artystycznie) stan rzeczy z tamtego czasu. Nawet postać przerysowanego, niezniszczalnego pastora ziejącego chorymi emocjami, nie wydaje mi się tu przesadzona, bo przecież nawet dzisiaj religijny fanatyzm ma właśnie takie oblicze. Podziwiam Guy’a Pearce’a za odwagę wcielenia się w tak paskudną postać i to z taką żarliwością i poświęceniem. Ryzykowny wybór dla aktora, ale na pewno się opłacił.

Chciałabym móc powiedzieć, że idę w interpretacji za daleko, ale patrząc na to, jak kształtuje się ostatnio nasza polska rzeczywistość, nie jestem tego już wcale taka pewna. Podobnie jak dzikusy na wietrznych amerykańskich preriach (i nie mam na myśli rdzennych mieszkańców Ameryki), wielu dzierżących władzę mężczyzn chciałoby widzieć kobiety w roli swoich wiernych i cichych poddanych. Główna bohaterka nie godzi się na bycie traktowaną jak czyjaś własność i stąd całą ta seria nieszczęść. Pod tym względem dwa stulecia nie zaprowadziły w konserwatywnych religijnych umysłach większych zmian. Chciałoby się chociaż powiedzieć, że dewiacji seksualnych i okrucieństwa wobec zwierząt jest dziś mniej, ale to także byłaby nieprawda. Pod tym względem ten szalony, demoniczny film oddaje niezmienną prawdę o ludzkiej naturze i o tym, do czego chore umysły mogą wykorzystywać religię.

Pod względem realizacji Brimstone jest bezbłędny. Podobało mi się szczególnie surowe piękno krajobrazów, ale również okrutny realizm krwawych scen. Przez cały film miałam poczucie, że czemuś to służy i się nie zawiodłam. Dobrze jest też pod względem aktorskim, ale nie dajcie się zwieźć zapowiedziom, bo Kit Harrington nie jest tu żadną pierwszoplanową gwiazdą. Jego rola jest epizodyczna, podobnie jak koleżanki z planu Gry o tron (bardzo dobra Carice van Houten), ale oboje bardzo dobrze wywiązują się z powierzonego zadania. Scenariusz jest napisany tak, że najjaśniej powinna błyszczeć Dakota Fanning grająca dorosłą Liz i aktorka rzeczywiście jest całkiem niezła. Jej postać przez pół filmu nic nie mówi bo nie ma języka, ale dzięki wyrazistym ogromnym oczom, potrafiącym oddać wiele emocji, nie odczuwamy tego jako braku. W moim odczuciu jednak najlepszą aktorką całego tego krwawego show jest młodziutka Emilia Jones w roli tajemniczej Joanny. Aktorka wygląda jak nieletnia Ruth Wilson i ma też jej charyzmę. Na ekranie jest naturalna i wiarygodna, a w kilku scenach wręcz przejmująca. Dla niej samej warto obejrzeć ten western.

Bardzo podobała mi się także forma opowiadania w czterech biblijnych odsłonach, z których dwie to retrospekcje. Nie wiedziałam do połowy na co właściwie patrzę, ale za to przyjemnie było śledzić tropy, gdy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *