Pomiń zawartość →

Biała królowa Phillippy Gregory

Chcecie się raz na zawsze zrazić do brytyjskiej kultury i historii? Za mało wam w mediach opowieści o współczesnym Royal Baby? Macie poważne problemy z zasypianiem i szukacie skutecznego usypiacza? W takim razie musicie sięgnąć po Białą Królową Philippy Gregory. Innym serdecznie nie polecam. Ci, którzy tak jak ja zaczęli oglądać nowy serial, klimatem przypominający Tudorów, będą bardzo zawiedzeni tym, jak mało uroku i wciągającej akcji telewizyjnej ekranizacji zawiera książkowy oryginał. Słowo daję, że do tej pory sądziłam, że taki na przykład Ken Follett nie jest szczególnie utalentowanym autorem powieści historycznej, ale ciekawego prowadzenia wątków i równoważenia historii, sensacji i romansu, Filipa Gregoria mogłaby się u niego uczyć ( a i tak pewno nie osiągnęłaby ze swym marniutkim talentem tych ,,wyżyn” co autor Filarów ziemi.

Pani Gregory jest reklamowana przez swoich wydawców jako wybitna historyczka specjalizująca się w dziejach elżbietańskiej Anglii. Może i dobra z niej badaczka i nauczycielka, ale pisarka naprawdę żadna. Przebrnęłam/przepełzłam/przeczołgano mnie przez setki stron Białej Królowej i już jestem pewna, że nie chcę widzieć na oczy ani Czerwonej Królowej, ani żadnej rzeczy będącej płodem wyobraźni brytyjskiej pisarki. No dobra, ale już mówię o czym to jest. Opowieść jest snuta w czasie teraźniejszym i w pierwszej osobie przez Elżbietę Woodville, młodą wdowę z dwoma synami, nie pochodzącą może z najbogatszej rodziny, ale mogącą się poszczycić anielską urodą. Akcja rozgrywa się w latach od 1464 do 1485 i rozpoczyna się spotkaniem Elżbiety z Edwardem IV z Yorków, nowym królem Anglii, który zasiadł na tronie na skutek wieloletniej bratobójczej Wojny Dwóch Róż, nazywanej także wojną kuzynów. Oczywiście młodziutki król i piękna Ela zakochują się w sobie i bardzo szybko dochodzi do potajemnych zaślubin, a potem, mimo sprzeciwu dworzan i doradców króla, do koronowania Elżbiety na królową Anglii (białą, ponieważ podczas wojny symbolem Yorków była biała róża). No i się zaczyna. Do tej pory narratorka raczyła nas dziewczęcym świergotem zakochania i pożądania, co było bardzo irytujące, ale po ślubie zaczyna się prawdziwa masakra (chodzi mi oczywiście o formę, a nie o treść). Przez dziesiątki stron ciągną się opisy wypraw batalistycznych króla, walczącego o zatrzymanie tronu i umocnienie władzy. Tyle, że czytelnik otrzymuje tylko babskie drugiej świeżości i wyznania jak to się ,,ukochany wybiera na wojaczkę”, albo jak ,,powraca przemoczony, zmęczony i wychudzony, ale i tak go pożądam bo ma taki męski zapach” (poważnie). Żadnych dodatkowych atrakcji, czy wątków pobocznych. Wszystko tylko o tym tronie i koronie. Chociaż są także (i to chyba miała być rozrywka dla czytelnika) też liczne, acz krótkie, wzmianki o kolejnych ciążach. Co trzy strony Elżbieta oznajmia, że znów jest brzemienna i wraz z matką, jak prawdziwe czarownice próbują przewidzieć płeć dziecka i jego przyszłe losy (robią to oczywiście bezbłędnie, też mi niespodzianka). Płodność przaśnej Eli to prawdziwe nieszczęście czytelnicze, ponieważ urodziła trzech synów i aż pięć córek (chyba, że się którejś nie doliczyłam) i to tylko ,,po królu”. Nie byłoby w tym i może nic złego, gdyby nie żenujący sposób w jaki Gregory opisuje cały proces królewskiej prokreacji. Nie dość, że wszyscy czyhają na chłopca (wiadomo, następca) to jeszcze ten język… Rozumiem, że w dawnych czasach ludzie byli mniej wyczuleni i bardziej rubaszni, ale słabo mi się robiło, gdy czytałam, że król nazywa żonę płodną jałówką Yorków, a ona jego rozpłodowym byczkiem, który nigdy nie ma dosyć. No proszę!

Szczególnie załamywały mnie opisy zwyczajów ciążowych i połogowych, które są zdaje się jedną z tych części ,,drobiazgowo odtwarzających realia minionej epoki” i pisane były zapewne z myślą o czytelnikach, lubiących antropologiczne osobliwości i ciekawostki historyczne. Filipa Gregoria informuje nas zatem, że do zwyczajów położniczych dawnej Anglii należało zamykanie ciężarnej w odosobnionej komnacie ze szczelnie zasłoniętymi oknami i buzującym ogniem w kominku (zaduch, uch, uch). Z pokoju zabierano wszystkie obrazy, żeby się na nie matka lub dziecka nie zapatrzyli (cokolwiek to znaczy). Najciekawsze było jednak pojenie rodzącej ,,piwem położnic”, czyli zwyczajne znieczulenie alkoholem. Nic dziwnego, ze chciała mieć tyle dzieci. Po prostu nie pamiętała bidulka bólów porodowych. Naprawdę odradzam tę lekturę kobietom przy nadziei.

Wyjątkowo denerwująca jest także w Białej Królowej sztywna maniera Elżbiety, która o swojej matce mówi tylko ,,pani matka” albo nazywa ją Jakobiną Luksemburską . To ma być strumień świadomości, intymne myśli bohaterki. Co za kobieta nazywa tak własną mamusię? Bardzo to wszystko odrealnione i podejrzane. Oczywiście o swym królewskim małżonku (który, jak wynika z lektury był po prostu idiotą) mówi z równym namaszczeniem. Sprawa z mamusią jest zresztą bardziej podejrzana. To Jakobina (a nie mogła na nią wołać Joba czy coś w tym stylu?) nauczyła Elżbietę, że może dowiedzieć się wszystkiego wyciągając z rzeki różne śmieci i wróżąc z nich. Nie byłoby w tym nic dziwnego (takie tam fantasy) gdyby nie to, że jest to napisane w taki nieporadny, śmieszny sposób.

Pomimo wszystkiego co napisałam powyżej, muszę jednak stwierdzić, że główną przyczyną nieprzystawalności tej powieści do mego mózgu były nuda i chaos. Naprawdę w Grze o tron jest się łatwiej połapać kto, z kim i dlaczego, a to głównie przez to, że wszyscy męscy bohaterowie mają na imię Ryszard, Henryk abo Edward. No ile można?! Rozumiem, że to nie jest wina pani Gregory, że tak wygląda brytyjska historia, ale mogła sama jakoś dojść do wniosku, że nie wszystkie momenty dziejach nadają się na książkę, chyba, że jest się geniuszem pokroju Szekspira, ale to zdecydowanie nie ten przypadek.

Opublikowano w Książki

Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.