Życie Pi wg Anga Lee

Jak tak sobie tego Pi oglądałam to pomyślałam, że Ang Lee szukał zapewne długo historii, która dawałaby mu jak najwięcej okazji na pokazanie efektów specjalnych w technologii 3D. No i wybór padł na bardzo modną kilkanaście lat temu wśród nastolatków powieść Yanna Martela pod tytułem Życie Pi. Dzieło nie jest jakimś literackim szczytem wyrafinowania, ale i tak ma znacznie więcej uroku i głębi niż film. Niestety, samymi efektami nie zrobi się dobrej historii panie Angu.

Głównym bohaterem jest tu tytułowy Pi, który znajduje się w dość osobliwej sytuacji. Otóż w drodze do Kanady, wraz z całą rodziną i należącymi do niej zwierzętami z zoo, ich statek tonie, a ze wszystkich pasażerów uchował się jedynie ów hinduski chłopiec oraz płynące wraz z nim w jednej szalupie: hiena, zebra, orangutarzyca Oranżada oraz pewien przystojny kawaler Richard Parker, czyli tygrys bengalski. Jak łatwo się domyśleć, wkrótce na łajbie zostanie tylko dwóch najgroźniejszych drapieżników, mianowicie tygrys i człowiek, między którymi nawiąże się specyficzna więź. Oczywiście w końcu chłopiec dopływa do brzegu, w międzyczasie odnajduje Boga, którego w dziwny sposób szukał od maleńkości, i wszystko kończy się wesoło i kolorowo.

Aktor grający głównego bohatera, Suraj Sharma, ma w sobie niewiele polotu, a jego wiecznie dziwnie rozdziawiona buzia sprawia, że charakteryzująca go naiwna ufność w bóstwo, przeznaczenie i siły metafizyczne, staje się jakaś niepoważna i irytująca. Aktorstwo ludzi zostało w stu procentach przyćmione przez artystów zwierzęcych. Szczególnie dobry był oczywiście Richard Parker. Naprawdę wzruszał, rozczulał, zachwycał i wzbudzał postrach tak, że jeszcze z pewnością długo pozostanie w pamięci widzów (inaczej niż efekty 3D). Osobiście wcale mnie nie dziwi tak znakomita kocia kreacja ekranowa, ponieważ nie widziałam jeszcze kota, którego nie kochałby obiektyw aparatu czy kamery. Inteligentne spojrzenie i pełna wyrazu mimika (Twarzy? Pyszczka? Włochatości?) zasługują na wielkie pochwały, choć zapewne część tego wyrazu również uzyskano komputerowo. Richard Parker zasłużył sobie rolą w Życiu Pi na specjalną nagrodę filmową imienia Kota Simona (niech nam żyje sto lat! Hura! Hura!). Jego wychudzone ciało i sterczące kości z pewnością wzbudzają więcej współczucia i życzliwości niż chudość nastoletniego Hindusa, który udaje, że potrafi opanować to piękne dzikie zwierzę. Te odczucia z pewnością podzielają też inni właściciele kotów, co chyba nie najlepiej świadczy o tej ludzkiej gromadzie, ale cała reszta i tak uważa, że jesteśmy dziwni, więc nie trzeba się przejmować.

Richard-Parker

Swoją drogą, skoro specjaliści od efektów specjalnych tak wiele już potrafią, że muszą się w co drugiej scenie popisywać, to mogliby już dać spokój żywym zwierzętom i zrobić sobie jakieś animowane twory. Każdy udział żywego zwierzęcia w filmie wymaga jego wcześniejszego przygotowania, czyli tresury, która jest dla dzikiego stworzenia wielkim stresem. Nie podoba mi się też to, że w filmie nikt nie pochyla się nad losem zatopionych zwierząt, ani tych zjedzonych (Richard Parker wsuwał nie tylko ryby; zabił i zjadł też kozę, bardzo sympatyczną zresztą, oraz całą masę surykatek). Produkcja zdaje się wręcz pochwalać trzymanie zwierząt w zoo, które niby ma pokazywać dzieciom jak okrutny jest świat natury. Jeśli o mnie chodzi, to udowodniła tylko, że ludzie, mimo deklarowanej wiary w boga czy bogów, są bezduszni i pozbawieni wyobraźni. Obraz utrwala też krzywdzący stereotyp na temat tego, że koty to tylko czekają, żeby się na ludzką grdykę rzucić i koniecznie trzeba takiego włochacza zawczasu wiosłem potraktować. No i gdzie tu solidarność międzygatunkowa?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *