Prywatne życie łąki, John Lewis-Stempel (mój wege punkt widzenia)

Opowieść o jednym roku z życia prawdziwej angielskiej łąki miała być dla mnie lekiem na zimową chandrę i promykiem nadziei na nadchodzącą wiosnę. W końcu łatwiej przetrwać te ciemności i mrozy, gdy się pamięta o tym, że za dwa miesiące porośnie świat bujna roślinność i znowu będzie chciało się żyć. Niestety, Prywatne życie łąki okazało się nie tym, czego się spodziewałam i to w najgorszym sensie. Liczyłam na ciekawą opowieść prawdziwego pasjonata, który kocha przyrodę, a co najważniejsze, darzy ją szacunkiem. I co prawda autor jest, a jakże, pasjonatem, ale głównie wyciągania jak największych korzyści z otaczającego go zielonego mikrokosmosu. Nie powinno mnie też dziwić to, że ktoś, kto ciągle powołuje się na wielowiekowe korzenie rodzinne, z takim zapałem pielęgnuje ziemiańskie tradycje, czyli rolnictwo i myślistwo. Moje wegańskie serce zasmuciło się wiele razy opisami tego, jak ten obserwator i opiekun dzikiej fauny i flory potrafił z zimną krwią pozbawić zwierzę życia dla rozrywki (bo przecież nie z głodu). Moim skromnym zdaniem na okładce powinna znajdować się informacja o tym, że tę książkę napisał nie tylko przyrodnik czy historyk kultury, ale przede wszystkim hodowca krów i owiec oraz zapalony myśliwy. Ciekawe czy wtedy tak dobrze by się sprzedawała? A może gdzieś w Polsce też jest taki talent… Oczami wyobraźni już widzę takiego pana Janusza (lat 63) mieszkającego na terenie byłego PGR-u, który z iście słowiańską swadą opowiada o tym, jak obserwuje najbliższy zagon kartofli, lub jak strzela do lisów z pobliskiego lasu. Ale byłby bestseller!

Łąkowy wszechświat

Łąki nie należy mylić z leśną polaną czy z inną porosłą zielenią przestrzenią. Nie jest to trawnik, pastwisko ani klomb kwiatowy, ale użytkowy teren, na którym rosną różne gatunki roślin, mające jeden cel – wykarmienie zwierząt hodowlanych. Książkową łąkę, znajdującą się na posiadłości pana Johna Lewisa-Stempela, odgradzają od reszty terenów wiekowe żywopłoty, są tu małe zagajniki, tereny podmokłe oraz rzeka. Ogólnie rzecz ujmując, teren bardzo urozmaicony, zatem i przyroda zróżnicowana. Opisywana łąka znajduje się w hrabstwie Herefordshire, na pograniczu Anglii i Walii, dzięki czemu dotyka ją w ciągu roku całe spektrum zmian pogodowych. Literacka przygoda rozpoczyna się w styczniu i trwa do grudnia. Podczas tego jednego roku, autor będzie w dość wyczerpujących i szczegółowych notatkach opisywał wszelkie zmiany zachodzące na tym terenie. Skupimy się nie tylko na kiełkowaniu, wzroście i kwitnieniu traw (im ich więcej, tym lepsze siano i smaczniejsze mięso krów, które je jedzą), ale też na przylatującym tu ptactwie czy rezydującej na łące i w jej pobliżu zwierzynie. Nie brak też bardzo poetyckich (choć jak dla mnie nieco przesłodzonych, a momentami kiczowatych) opisów nieba i pogody, a także podróży do dzieciństwa pana Lewisa-Stempela. Ten brytyjski dżentelmen jest niestety również zapalonym erudytą, lubującym się w cytowaniu brytyjskich poetów (ciekawe czy wyda antologię, np. coś w stylu ,,Najpiękniejsze strofy o ptactwie”) i w komentowaniu lokalnych zwyczajów sięgających dziewięćset lat wstecz. Jak już widzicie, teksty są bardzo zróżnicowane i nie o samą łąkę tu chodzi.

Oczywiście, wiedzy i pewnego wyczucia (smykałki do interesów) autorowi odmówić nie można, tak jak nie można odmówić ich polskim leśnikom czy myśliwym, wyciągającym rozmaite korzyści z lasu. Z obsesyjną szczegółowością farmer opisuje rozmaite rośliny i ptaki, których nazw, mimo usilnych starań, nie jestem nawet w stanie zapamiętać. Co gdzie rośnie i co fruwa nad jego terenami, stanowi stały przedmiot rozmyślań naszego łąkowego guru, który od wczesnych lat dziecięctwa swego zgłębiał właśnie tę tematykę. Przy okazji dowiadujemy się o tym, jak przebogata jest brytyjska tradycja pisana ksiąg przyrodniczych. Trochę mnie to zaskoczyło, choć przecież nie powinno, bo mowa o kraju zamożnych ziemian, zarządzających od pokoleń rozległymi włościami i dbających o swój inwentarz.

Bardziej niż rośliny i ptaki, zainteresowali mnie więksi mieszkańcy łąkowych terenów. Nie mam nic do kruków, kawek, sikor, kaczek, gołębi czy bażantów (autor strzela do dwóch ostatnich), ale wolę ssaki, takie jak borsuki, lisy, krety czy ryjówki. Bardzo się przejęłam ich losem, a o tym, jak zmienia się ich życie w poszczególnych miesiącach, czytałam jakby to była najbardziej pasjonująca powieść. Aż sama zapragnęłam mieć kawałek łąki za oknem, by cieszyć się takim sąsiedztwem.

Zupełnie inną sprawą są losy owiec, krów, świń czy koni, o których nie mogłam czytać na spokojnie. W tym temacie reprezentuję twardą wegańską postawę, czyli uważam, że nie powinno ich w ogóle być. Zwierzęta hodowane dla wełny, mleka i mięsa nie mają dobrego życia bez względu na to, jak piękne widoki roztaczają się za nimi. O rozważaniach na temat zalet poszczególnych ras krów czy owiec, nie będę nawet wspominać. Tradycja tradycją, ale czasy się zmieniają i świadomość ludzka też powinna.

Łaskawość myśliwego

Przez większą część tej lektury myślałam o autorze bardzo pozytywnie, zwłaszcza gdy zdarzało mu się wygłosić refleksję typu ,,Zastanawiam się też, czy naprawdę tak trudno wejść, chociaż trochę, w umysł zwierzęcia? Czyż wszyscy nie jesteśmy zwierzętami?”. Niestety, im dalej w las, a właściwie w łąkę, tym gorzej. Pominę już może kwestię samozadowolenia i poczucia (słusznego) uprzywilejowania i przytoczę tylko krótki cytacik ,,Car Aleksander zawsze uważał, że drugim w kolejności najlepszym zajęciem w życiu, po byciu carem Rosji, jest bycie angielskim wiejskim dżentelmenem”. Car i ziemianie! Czujecie ironię? W myśliwskie fragmenty, a także te dotyczące krów i owiec, radzę się jednak dobrze wczytać, bo one pokazują jedyny powód, dla którego łąka może istnieć, a jest nim oczywiście przyjemność człowieka. Przyjemność ze (zbędnego) spożywania mięsa i nabiału, czy z okrywania się wełnianymi ubraniami, a także radocha ze strzelania do niewinnych stworzeń, takich jak gołębie, bażanty, zające, a nawet lisy. Autor uważa, że skoro przez większość czasu troszczy się o życie łąki, to może je czasem zabierać, czuje, że ma do tego prawo i je egzekwuje. A co gorsza, pisze o polowaniu w podobnie poetyckich zwrotach co o trawach, krzewach i zwierzętach. ,,Opieram się o siatkę, między szyją a ramieniem czuję obijającą się lufę strzelby, rzecz bardziej uspokajająca niż ojcowska dłoń. Przyciskam lewe ucho do konaru olchy, wyczuwam każde jego drgnienie, każdą zmianę napięcia”. To o polowaniu na bażanty, zakończę jednak wpis uwagą na temat polowania na lisy, w którym widać cień wątpliwości w myśliwską pasję autora, który z taką empatią wcześniej opisywał przygody lisiej rodziny, znajdującej schronienie na jego łące: ,,Chociaż lubiłem mojego wypchanego lisa, nigdy nie zaprzyjaźniłem się z żywym zwierzęciem – zabójcą naszych kurczaków, kaczek i jagniąt. Szanuję lisy, lecz ich nie lubię. Mój ambiwalentny stosunek do lisów dobrze wyraża to, że jestem jedyną znaną sobie osobą, która zarówno polowała na lisy z końskiego grzbietu, jak i działała na rzecz zakazania polowań”.

One thought on “Prywatne życie łąki, John Lewis-Stempel (mój wege punkt widzenia)

  • Luty 19, 2018 at 6:35 pm
    Permalink

    Gdzie więc powinny żyć według Twojej wegańskiej duszy świnie, owce i krowy? Recenzja nie jest szczera, jest stronnicza – wszystko, gdzie będzie myśliwy, będzie złe. Vegeterror ;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *