Pokój

Jakiś czas temu pisałam o książce Pokój, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Teraz powstał na podstawie powieści Emmy Donoghue film, dzięki któremu pisarka z pewnością zyska ogromną rzeszę nowych fanów. Zdumiewające aktorstwo i surowy realizm z jakim ukazano dramat głównych postaci, zasługują na najwyższe uznanie i wszelkie możliwe nagrody. Choć z początku trudno wchodzi się w ten świat, gdy już się to uda, można się w nim zupełnie zatracić. Pokój staje się wszystkim i nagle widz także patrzy na rzeczywistość oczami małego chłopca, co w przypadku każdego innego dziecka byłoby pozytywnym doznaniem, ale tutaj wcale tak nie jest.

Istnieje tylko pokój?

Zaczynamy tak jak w książce, czyli bez żadnych wyjaśnień, wrzuceni w sam środek akcji. Nie trzeba tu zresztą nic tłumaczyć, wkrótce nawet osoby, które nie czytały powieści, zorientują się o co chodzi. Jesteśmy w świecie małego Jacka (Jacob Tremblay), którego poznajemy w dzień jego piątych urodzin. Jack jest z pozoru takim samy dzieckiem jak inne, choć w przeciwieństwie do chłopców w swoim wieku, ma bardzo długie, ,,dziewczyńskie” włosy. Jego uwagę pochłaniają ulubione kreskówki, zabawki, a przede wszystkim ukochana mama (Brie Larson). To, czym różni się jednak od każdego innego pięciolatka na świecie, to szokujący fakt, że cały świat Jacka zamyka się w kilkumetrowym pokoju, z którego chłopiec nigdy nie wyszedł. Dla dobra chłopca jego matka wmawia mu, że nic poza tymi czterema ścianami nie istnieje, a to co im się przytrafia to norma. Życie tej dwójki składa się z szeregu regularnie wykonywanych czynności, takich jak wspólne zabawy, nauka chłopca, gimnastyka, sprzątanie czy gotowanie, i moglibyśmy nawet pomyśleć, że są całkiem szczęśliwi, gdyby nie to, że gdy nadchodzi noc, wraz z nią pojawia się Stary Nick i całą magia bliskości rozwiewa się jak dym.

Brie Larson

Stary Nick (Sean Bridges) jest sprawcą uwięzienia matki. Porwał ją jako nastolatkę i przetrzymuje w pancernej szopie niczym w twierdzy. Podczas porwania widać nie przewidział dalszych skutków swej nieposkromionej żądzy, do których zaliczyć można pojawienie się na świecie Jacka. To naprawdę zadziwiające, jak nieszczęsna matka potrafiła ułożyć sobie relacje z tym potworem, by tylko ochronić synka. To, co się dzieje na ekranie, jest po prostu chore, ale pokazane z perspektywy dziecka w szafie, z dużą dozą chłodu i dystansu, da się obejrzeć. A to dopiero wprowadzenie do właściwej akcji, która rozpoczyna się wraz z pojawieniem się w głowie matki pomysłu, by jednak uciec Staremu Nickowi. W przypływie odwagi kobieta wyznaje synkowi, że ma na imię Joy, są w pokoju więzieni, a świat, który chłopiec widywał tylko w telewizji naprawdę istnieje. Mogą się tam dostać, ale pod warunkiem, że pięciolatek dobrze wykona powierzoną mu misję. Zapewniam, że nawet jeśli znacie fabułę z książki lub z zapowiedzi, które wszystko pokazują, i tak będziecie zaciskać pięści i obgryzać paznokcie z napięcia, patrząc jak mały Jack ratuje siebie i mamę.

Zaskakujące wnioski

Można by sądzić, że wyratowanie z więzienia jest najlepszym, co mogło się przytrafić Joy i Jackowi, jednak ani film, ani książka, nie są potwierdzeniem tego przypuszczenia. Nagle okazuje się, że ludzie zamieszkujący rzeczywistość poza czterema ścianami, narażają na wiele ciężkich prób psychikę matki i dziecka, a także robią wiele by nadwątlić ich bliską relację.

Choć przymusowy pobyt w pokoju był zdecydowanie czymś strasznym, to jednak wynikła z niego ogromna bliskość pomiędzy matką a synem, której z pewnością będą im zazdrościć wszyscy widzowie będący rodzicami. O dziwo, rozwój chłopca nie ucierpiał też tak, jakbyśmy przypuszczali. Jack jest nad wiek rozwiniętym, bardzo inteligentnym dzieckiem, które po wyjściu dostosowuje się do nowych realiów szybciej nawet niż matka. No któż by nie chciał by jego dziecko płynnie czytało w wieku pięciu lat? Oto niespodziewany głos za rodzicielstwem bliskości, naprawdę zmuszający do przemyślenia najczęściej stosowanych metod wychowawczych.

Jedyne, czego mi brakowało w filmie, to dziecięcy język Jacka, pokazujący w cudowny sposób, co dzieje się w jego głowie. Wiem, że nie da się tego odtworzyć na ekranie, bo to bardzo oryginalne odkrycie Emmy Donoghue, która jest prawdziwą mistrzynią słowa i specjalistka od dziecięcej psychologii, co potwierdzi chyba każdy czytelnik. Za to cała reszta dziwnego i strasznego doświadczenia matki i syna została tu pokazana w bardzo przejmujący sposób. Jestem przede wszystkim pod ogromnym wrażeniem małego Jacoba Tremblay’a. Co prawda widać, że nie ma chłopak pięciu lat, ale i tak ciarki przechodzą po skórze widza przy oglądaniu większości scen z jego udziałem. Tego po prostu nie można przegapić. No i wspaniałą Brie Larson! Ta aktorka w jakiś cudowny sposób pokazuje całe spektrum emocji, trudnych nawet do wyobrażenia dla każdego kto nie był porwany i przez lata przetrzymywany, a w dodatku robi to przy użyciu bardzo niewielu słów i naprawdę oszczędnej mimiki. Wierzymy jej bez zastrzeżeń, współczujemy i podziwiamy, a co najważniejsze, nie roztkliwiamy się nad nią czy jej synem, bo to nie taki film. Udało się uniknąć taniego szantażu emocjonalnego, schematycznych i łatwych rozwiązań, a przy tym stworzyć wiarygodną opowieść o matczynej miłości, która kazała uwięzionej kobiecie wykreować cały alternatywny świat dla swego dziecka. Jestem naprawdę pełna podziwu dla twórców i z nadzieją czekam na tegoroczne rozdanie Oscarów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *